Magister Lewandowski celuje w złoto

Marcin Lewandowski, czwarty zawodnik mistrzostw świata w biegu na 800 metrów, ustąpił tym razem pierwszeństwa podczas Gali Lauru Królowej Sportu mistrzowi świata w skoku o tyczce Pawłowi Wojciechowskiemu. Za rok, już po olimpiadzie, Lewandowski chce znowu zostać głównym asem polskiej lekkiej atletyki.
W trakcie uroczystości kończącej sezon w Bydgoszczy Wojciechowski odebrał nagrody dla najlepszego zawodnika i największej niespodzianki tego roku - razem z czekami na w sumie 35 tysięcy złotych przekazanymi przez Polski Związek Lekkiej Atletyki. Złoty medalista w skoku o tyczce wygrał także Złote Kolce. Lewandowski był w tym roku trzeci w klasyfikacji Złotych Kolców, ale cieszył się z innego sukcesu - obrony pracy magisterskiej ma Uniwersytecie Szczecińskim.





Rozmowa z Marcinem Lewandowskim



Wojciech Borakiewicz: Rok temu podczas gali w Bydgoszczy bohaterem był mistrz Europy Marcin Lewandowski. Teraz jest nim mistrz świata, twój kolega z Zawiszy Paweł Wojciechowski. Wynika z tego, że za rok główną gwiazdą powinien być...

Marcin Lewandowski: Mistrz olimpijski oczywiście, skoro za rok mamy igrzyska w Londynie. I mam nadzieję, że to ja będę wówczas bohaterem bydgoskiej gali kończącej sezon lekkoatletów. Bardzo na to liczę.

Czy to jest realne?

- Oczywiście. Byłem o włos od medalu podczas mistrzostw świata w Daegu, więc czemu mam nie wskoczyć na podium w Londynie na igrzyskach. Medal jest najbardziej w zasięgu. Będę robił wszystko, żeby stał się realny. Cieszę się, że teraz bohaterem jest mój kolega z Zawiszy, Paweł Wojciechowski. On na pewno także marzy o olimpijskim medalu.

Przygotowania do olimpiady będą trochę inne niż do tej pory?

- Zawsze coś tam w szczegółach zmieniamy. Z pewnością sam cykl przygotowań będzie podobny, skoro zdał egzamin. Z doświadczenia jednak wiem, że nigdy nie można powielać tego samego treningu, dlatego jednostki zajęć, ilości i szybkości będą z pewnością odmienne.

A może z tytułem magistra będzie łatwiej o złoto w Londynie. Gratuluję obrony pracy.

- Dziękuję, ale magister będzie miał takich samych groźnych rywali na bieżni.

Jaki był jej temat?

- Brzmiał następująco: "Roczny cykl przygotowań Marcina Lewandowskiego na dystansie 800 metrów".

Pisałeś o sobie, więc pewnie było łatwo.

- O tyle łatwo, że nie było żadnych kłopotów ze zgromadzeniem materiału do pracy. Bazowałem na swoich dzienniczkach treningowych, badaniach wydolnościowych, które wykonywałem każdego roku. W tym sensie miałem rzeczywiście ułatwione zadanie. Reszta przebiegała normalnie. Pracę trzeba było napisać, złożyć w odpowiednim terminie i ją obronić.

A sama obrona, jak przebiegła? Bez kłopotów?

- Byłem trochę zestresowany, ale w sumie bardzo dobrze. Z takim tematem pracy byłoby niemożliwością, żeby jej nie zaliczyć. Naprawdę tragedii nie było.

Po co w ogóle się zdecydowałeś na studia i tę magisterkę?

- Zrobiłem to dla siebie, bo sport to tylko pięć minut w życiu, a potem rozpoczyna się prawdziwa rzeczywistość i trzeba w niej dalej funkcjonować. Udało się i jestem bardzo zadowolony. Znalazłem na to czas, a jak wiadomo większość czasu spędzam na treningach za granicą. A druga sprawa, że w czasach, w których żyjemy, tytuł magistra jest koniecznością jak kiedyś matura. To wyłącznie minimum. Jeśli chce się więcej osiągnąć w życiu, trzeba od niego zacząć. Ja to minimum już mam.

Rozmawiał Wojciech Borakiewicz