Historia życia wypisana na skórze koszykarki

Renée Taylor urodziła się w nowojorskim, sławnym Haarlemie. Uczyła na Bronksie. Dzieje swojego życia zawarła w ośmiu swoich tatuażach. - Rodzina i Bóg, to cała ja. No i jeszcze koszykówka - mówi rozgrywająca Artego Bydgoszcz, która udanie zadebiutowała w minioną sobotę.
Ile ma tatuaży nie jest do końca pewna. - Muszę policzyć - uśmiecha się najniższa koszykarka ekstraklasy i liczy. Wyszło jej, że osiem. Na jej dekolcie widnieje napis "Blood above all", czyli "Krew ponad wszystko". - Rodzina jest najważniejsza. Ona oraz koszykówka to źródła mojego szczęścia - opowiada Taylor. Większość tatuaży związana jest z najbliższymi. Na prawej łydce umieściła twarz młodszego brata Terrella oraz podpis: "The Reason", czyli przyczyna. - On jest moją motywacją. Powodem tego, że ciężko pracuję, codziennie daję z siebie wszystko - opowiada 26-letnia koszykarka.

Naprawdę ciężko trenować zaczęła w Monroe, junior collegu w Brooklynie. Wstawała o piątej rano. Codziennie miała trening siłowy, indywidualny i zajęcia z drużyną na sali. Kiedy mieszkała w Harlemie, dzielnicy Nowego Jorku, w koszykówkę grała od świtu do zmierzchu. - Było wiele takich dni. Schodziliśmy z boiska dopiero jak było tak ciemno, że nie było nic widać - opowiada. Motto jej życia brzmi "No pain, no gain" - widać je na lewym nadgarstku. A więc "Nie ma bólu, nie ma efektów". Tej maksymie Taylor starała się być wierna. Po tygodniu od ostatniego meczu sezonu w lidze portorykańskiej przeniosła się do Polski i grała już w Artego. - Odpocznę jak umrę. Życie jest tylko jedno - mówi.

Na lewym ramieniu wytatuowała piłkę do koszykówki. Na niej są jej oczy skierowane na imię "Don". - Donald, czyli Don, to mój ojciec. Tak jak ja grał w koszykówkę w collegu. Miał zostać zawodowcem, ale się nie udało. Wiesz, życie. Ojciec jest moją inspiracją - opowiada.

Renée Taylor wychowywała się w Harlemie. Później chodziła do szkół w Bronksie i Brooklynie. Czy Harlem jest niebezpieczny? - Nie wierz w to, co pokazują w telewizji, nie jest tak źle. Niebezpiecznie może być wszędzie. W Harlemie są miejsca, które trzeba omijać. Ale pewnie takie same są w polskich miastach - tłumaczy. Nowy Jork to dla niej najwspanialszym miejscem na świecie. - Wszystko jest dostępne, co tylko chcesz. Możesz robić to, co chcesz w życiu robić. Ja chciałam grać w koszykówkę - mówi.

Dużą zmianą w jej życiu było rozpoczęcie studiów w Miami. - Od czasu do czasu przyjeżdżała do mnie mama. To bardzo ważna osoba w moim życiu. Wyborów w życiu dokonuję sama, ale chcę by moja mama też dobre się z nimi czuła. Tak właśnie było z wyborem szkoły - opowiada. O mamie, czyli Sharese Taylor, przypomina tatuaż na prawym nadgarstku. "My living angel". Jej mam to "Anioł na Ziemi". Jeszcze jeden tatuaż Renée Taylor zrobiła sobie na plecach: Krzyż z dłońmi Jezusa, a u góry korona. - To Bóg sprawił, że jestem tu gdzie jestem. To on mnie prowadzi. Rodzina i Bóg, to cała ja. No i koszykówka - mówi.

Osiem tatuaży powstało w sześć lat. - Plan był trochę inny. Miało się skończyć na trzech. Czy to już nałóg? Chyba nie. Nie chcę mieć całego ciała pokrytego tatuażami - mówi. Gotowych projektów jeszcze nie ma. - Ale zobacz, mam wolne miejsce na lewej nodze. Byłoby dobrze coś tam zrobić - śmieje się Taylor.