Sport.pl

Darmowy bilet na lot do Nowej Zelandii? Chcą je oddawać żużlowcy

- Chętnie oddałbym swój bilet do Nowej Zelandii - stwierdził Tomasz Suskiewicz, menedżer Emila Sajfutdinowa. Nie jest jedynym, który na Grand Prix do Auckland pojedzie, bo musi. Żużlowcom nie podoba się wyjątkowo wczesny termin turniej oraz kłopoty związane z długą podróżą


Cykl Grand Prix chce rozwinąć skrzydła i dotrzeć do nowych krajów i kibiców. Tym razem BSI obrało daleki, najdalszy z możliwych, kierunek, bo chce przenieść żużlową karuzelę aż do Auckland w Nowej Zelandii.

- Nowa Zelandia jest krajem o bogatej historii żużlowej i wiem, że część zawodników z Grand Prix jest zdeterminowana, żeby zapisać się w jej kartach, wygrywając ten turniej - powiedział dyrektor firmy BSI Paul Bellamy. Tradycja nowozelandzkiego żużla jest rzeczywiście bogata, warto tylko przypomnieć nazwisko Ronniego Moore'a, a szczególnie sześciokrotnego mistrza świata Ivana Maugera, z którym w latach 70. rywalizowali polscy żużlowcy: Antoni Woryna, Paweł Waloszek, Jerzy Szczakiel i Zenon Plech. Mauger swój ostatni tytuł zdobył jednak w 1979 r., miał wówczas 40 lat, po nim słuch o nowozelandzkim żużlu zaginął. Słowa Bellamy'ego są tylko pobożnym życzeniem i opowieściami dobrymi dla public relations BSI. W środowisku zawodników wycieczka na Antypody nie cieszy się popularnością.

- Zorganizowanie Grand Prix tak daleko jest na pewno dobre dla promocji żużla, ale nie dla zawodników - mówi Tomasz Suskiewicz. - Sam chętnie oddałbym swój bilet - dodaje.

To już druga próba importu GP poza Europę. W 2002 r. turniej odbył się na stadionie olimpijskim w Sydney. Przeszczep się nie udał. Koszty były zbyt wysokie. Teraz także będą, zarówno dla zawodników, jak i BSI, które funduje bilety lotnicze i transport sprzętu. Na każdy zespół przypadają po cztery darmowe bilety i przewóz motocykli, silników itp. - Ale musimy go dowieźć do Amsterdamu - informuje Suskiewicz.

- Cztery osoby z jednego zespołu to wystarczające minimum - stwierdza Dawid Kozioł, menedżer wicemistrza świata Andreasa Jonssona. Z AJ racing uda się on, Andreas Jonsson i dwóch mechaników. - I w większości teamów tak to działa. Czasami zamiast menedżera leci trzeci mechanik - tłumaczy. Na zawodach zwykle pojawiają się sponsorzy, ale tutaj nie powinno być takiego problemu. - Jak na razie jeszcze nikt się nie zdecydował na to, żeby lecieć z nami, choć składałem takie propozycje. To zbyt długa, męcząca podróż - mówi menedżer srebrnego medalisty Indywidualnych Mistrzostw Świata.

Żużlowcy i członkowie ich teamów będą wylatywać z trzech lotnisk. Londyńskie Heathrow wybrała na start do dalekiej podróży ekipa Sajfutdinowa. Z Kopenhagi rozpoczyna ją zespół Tomasza Golloba. Trzeci samolot z uczestnikami Grand Prix wystartuje z Frankfurtu nad Menem. Z tych trzech miejsc żużlowcy udadzą się do Dubaju. Tam będzie zbiórka. Na wszystkich i cały sprzęt będzie czekał wyczarterowany przez BSI samolot, który poleci do Auckland, gdzie już 31 marca rozpocznie się tegoroczne Grand Prix.

Zespoły wrócą do Europy po zawodach w Auckland samolotem, ale na swój sprzęt będą musiały poczekać tydzień. - Motory wrócą dopiero na dzień przed startem ekstraligi - informuje Suskiewicz. Termin zawodów w Nowej Zelandii powoduje, że nikt z elity nie wystartuje też w Kryterium Asów, które najprawdopodobniej odbędzie się 1 kwietnia. Tydzień później ma wystartować ekstraliga, ale decyzja nie została jeszcze oficjalnie podjęta.

Wczesny termin GP determinuje zmianę systemu przygotowań. - Niestety zwykle te pierwsze ciepłe dni w Polsce wykorzystywaliśmy na to, aby zawodnik mógł wreszcie wsiąść na motor na swoim torze - mówi Dawid Kozioł. Tym razem trzeba będzie zorganizować przygotowania w inny sposób. Zespół wicemistrza świata z 2011 r. już na początku roku będzie szukał, gdzie w Europie pogoda sprzyja na tyle, żeby wsiąść na motocykl. - I to wcale nie jest dobre - przekonuje menedżer Jonssona. - Zwykle kiedy teamy jeżdżą na południe Europy, to ma to na celu oswojenie się zawodnika z motocyklem po zimowej przerwie, a nie testowanie sprzętu - zdradza. Poza tym zawodnicy będą mieli zdecydowanie krótszą przerwę w startach niż dotychczas. - A zwykle opóźnialiśmy pierwsze kontakty z motocyklem, jak najdłużej się dało, aby Andreas miał czas na jak największą regenerację organizmu po poprzednim sezonie - mówi Dawid Kozioł. - Dlatego też mam nadzieję, że będzie to pierwsze i ostatnie Grand Prix w Nowej Zelandii - podsumowuje menedżer wicemistrza świata.

Więcej o: