Polskie strzelby bez prochu - Artego nie wypaliło

Sezon dla koszykarek Artego się jeszcze nie zakończył, ale już dziś wiadomo, że pomysł oparcia drużyny na krajowych koszykarkach okazał się niewypałem
Pomysł bydgoskiego klubu był rewolucyjny. W momencie, gdy władze ligi zezwoliły na zwiększenie liczby zawodniczek zagranicznych w składach, Artego postanowiło pójść pod prąd. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej działacze i trenerzy tłumaczyli, że zbudowali drużynę opartą na polskich koszykarkach. Ten pomysł miał silne podstawy. Po pierwsze, za dobrą np. Amerykankę trzeba sporo zapłacić, a po drugie nasz klub w swojej krótkiej historii ekstraklasowej nie miał szczęścia do zawodniczek zza Oceanu. Wyjątkiem była Lori Crisman, ale z tej Amerykanki klub zrezygnował i zabrakło dla niej miejsca w nowej koncepcji drużyny.

Eksperyment, który miał dać do myślenia władzom ligi, już w pierwszej kolejce został wystawiony na mocną próbę. Artego na własnym parkiecie uległo ekipie ROW-u Rybnik. Sama porażka była już rozczarowaniem. Ale jeszcze bardziej frustrujący był fakt, że 48 z 71 punktów wywalczonych w sumie przez rywalki zdobyły trzy Amerykanki. To Rebecca Harris, Sybil Dosty i Rachela Fitz sprawiły, ze ROW po kolejnych meczach okrzyknięty został rewelacją tegorocznych rozgrywek. Działacze z Rybnika wybrali wariant zupełnie odwrotny od tego zaproponowanego przez bydgoszczan, i wygrali. Ich zespół stał się rewelacją ligi - ma pewne miejsce w play-off. Artego zabraknie w najlepszej ósemce - i to klęska dla naszego klubu. Podwójna: sportowa, bo awans do play-off był zadaniem dla koszykarek, oraz finansowym - Artego nie dostanie 200 tys. zł z miasta. To miała być nagroda za grę w tej fazie. Poniedziałkowa porażka z Matizolem Pruszków rozstrzygnęła, że szanse na te dodatkowe pieniądze są już tylko na papierze.

Niestety kibicom pozostawało przełykanie kolejnych gorzkich pigułek i nie zmieniły tego nawet takie zwycięstwa jak te z faworyzowanymi drużynami z Polkowic czy Gorzowa. Liga po raz kolejny pokazała, że nawet średniej klasy Amerykanki są lepsze od czołowych polskich reprezentantek, które grały w Artego. - Są oczywiście pewne rodzynki, ale on i tak grają w najlepszych klubach. To niestety problem, który nie pojawił się w tym sezonie. Szkolenie od pewnego czasu w Polsce kuleje i takie są wyniki - tłumaczy trener Adam Ziemiński.

Niewykluczone, że przykład Artego obudzi działaczy związkowych to głębszej analizy poziomu żeńskiej koszykówki w naszym kraju. Na pewno nie zmieni jednak nastawienia klubowych działaczy, którzy po raz kolejny przekonali się, że trzeba importować zawodniczki, by walczyć o coś więcej niż tylko utrzymanie.

Obecny sezon odsłonił też inny, już bydgoski, problem. Nie można odnosić sukcesów, gdy w zespole nie ma odpowiedniej atmosfery. Tej w naszej drużynie nie sposób było dostrzec. W ostatnich meczach ekipa Artego wyglądała jak zlepek indywidualności, które chcą co prawda wygrywać, ale w pojedynkę, a nie zespołowo.

Teraz ruch należy do działaczy. Przede wszystkim muszą oni wyciągnąć wnioski z bolesnej lekcji, jakiej doświadczyli. To, co miało być sukcesem, okazało się porażką, która nigdy więcej nie powinna się już zdarzyć.

Artego zrobiło w tym sezonie krok do tyłu - w poprzednim przecież młody klub awansował po raz pierwszy w historii do najlepszej ósemki ekstraklasy koszykarek. Teraz to się nie uda.

Niewątpliwie zespół czeka gruntowna przebudowa - przynajmniej kilka zawodniczek udowodniło, że nie nadają się gry w PLKK. Kilka kolejnych miesięcy to czas na zorientowanie się w rynku koszykarskim za oceanem. Smutna to prawda - że inaczej nie da się zbudować mocnej ekipy.