Zawody sportowe, na które bez marynarki nie wejdziesz [ZDJĘCIA]

Królewskie regaty w Henley kosztują 2 miliony funtów. Nie mają sponsora, bo jest niepotrzebny. Dwa miliony zbiorą ze składek członkowie klubu - to w komplecie arystokratyczna śmietanka starej Anglii.
Jesteś kibicem z Bydgoszczy? Dołącz do nas na Facebooku Sport.pl Bydgoszcz »

Historia regat na Tamizie, w których w tym roku popłyną wioślarze Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego z Bydgoszczy, ma 173 lata. 26 maja 1839 roku w ratuszu miasta Henley grupa zapaleńców zaproponowała, by zawsze pierwszego dnia lipca organizować wyścigi wioślarskie. Impreza miała trwać jedno popołudnie, ale już w kolejnym roku ogromne zainteresowanie sprawiło, że trzeba było zawody rozciągnąć na dwa dni. Dzisiaj wioślarze rywalizują przez cztery dni. I to jedna z niewielu zmian, na jakie pozwolili konserwatywni Anglicy. Pieczołowicie pielęgnowane stare reguły sprawiają, że od samego początku regaty w Henley są świętością - tak samo jak tenisowy Wimbledon i wyścigi konne w Ascot.

Od 1851 roku regaty w Henley zyskały królewską opiekę. Patronem zawodów został wówczas książę Albert - mąż królowej Wiktorii. Po jego śmierci robił to każdy z panujących monarchów. Do dzisiaj nagrody wręczają zwycięzcom głównie członkowie rodzin królewskich z całej Europy.

Henley to wyścigi dla amatorów. To właśnie tam powstała definicja amatorstwa, która funkcjonuje do dzisiaj, a obowiązujące zasady różnią się od tych wyznaczanych przez Światową Federację Wioślarską, która została założona znacznie później niż regaty królewskie. O ostrości amatorskich przepisów przekonał się w 1920 roku Amerykanin John B. Kelly. Późniejszy trzykrotny mistrz olimpijski został zdyskwalifikowany tylko dlatego, że padały na niego podejrzenia, iż bierze pieniądze za starty. Jego córką była Grace Kelly, gwiazda Hollywood,a potem księżna Monaco, która kilkadziesiąt lat później sama wręczała nagrody dla zwycięzców Henley.

Amatorskie zasady nadal są kultywowane. Startująca po raz pierwszy w tym roku w Henley ósemka Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego nie mogła dlatego pojechać na Wyspy w najsilniejszym składzie. - Niestety, przepisy zabraniają występu wioślarzom, którzy startowali w mistrzostwach świata seniorów, a my mamy takich zawodników - tłumaczy trener Lech Olszewski.

Czym jest Henley dla Anglików można się przekonać podczas samych zawodów. Chociaż ceny biletów są słone, na żywo ogląda zawody ok. 100 tysięcy osób. Każdy skrawek brzegu Tamizy jest zajęty. Wśród kibiców jest praktycznie cała śmietanka towarzyska Królestwa Wielkiej Brytanii. Ci, którzy w Henley się nie pokażą, skazują się na ostracyzm. Jeśli ktoś zdecyduje się pojawić w specjalnym sektorze tzw. dostojników, zobowiązany jest przestrzegać ustalonych zasad. A tych jest mnóstwo. Dotyczą praktycznie wszystkich spraw z ubiorem na czele. I tak panie muszą mieć sukienki lub spódnice poniżej kolan i oczywiście kapelusz. Panów obowiązują garnitury z założoną marynarką, która nie ma prawa być np. zdjęta i przewieszona przez rękaw.

Praktycznie wszyscy obecni należą do elitarnego klubu. To z ich składek pochodzi 75 procent wynoszącego blisko 2 mln funtów budżetu całej imprezy. O tym, jak ciężko dostać się do tego grona, świadczyć może fakt, że kolejka oczekujących liczy ponad 1000 osób.

- Zjeżdża się tam cała śmietanka towarzyska. Na punkt honoru stawiają sobie pojawienie się na zawodach - mówi Romuald Poślednik, jeden z organizatorów wyjazdu bydgoskiej ósemki.

Zaproszenie do regat królewskich jest wielkim wyróżnieniem. By dostać się do najbardziej prestiżowego wyścigu ósemek, trzeba przejść przez system kwalifikacji. Trudno się zresztą temu dziwić, skoro liczba chętnych znacznie przekracza liczbę uczestników. - Nam udało się otrzymać zaproszenie bez kwalifikacji. Ale to nie wzięło się znikąd - dodaje Poślednik. Wioślarze UKW na Wyspach uznawani są za dobrą markę. Bydgoska ósemka trzy razy na Tamizie rywalizowała już w Head of the River Race. Głośno było też o nas w 2009 roku, gdy w samym sercu Londynu pokonaliśmy renomowane osady z Oksfordu i Cambridge. - To wszystko teraz procentuje - nie kryje radości Poślednik.

Zasady rywalizacji w Henley są takie same od 173 lat. Dzień przed zawodami losowane są pary, które rywalizują systemem pucharowym. Każdego dnia odbywa się jedna runda. - Zaczynamy w środę. Jeśli przegramy, to kończymy rywalizację. Jeśli uda się nam zwyciężyć, to w czwartek zwycięzcy z poprzedniego dnia znowu są losowani. I tak ciągle, aż do niedzielnego finału - dodaje Lech Olszewski.

Rywalizacja toczy się na nietypowym dystansie 2112 m. Na kilka dni przed starem przy obu brzegach Tamizy wbijane są drewniane pale, wyznaczające miejsca wyścigu. Zgodnie z tradycją sędziowie nie używają nowoczesnych megafonów, a komendy wydają przez tuby, dokładnie takie same, jakie używane były już w 1851 roku.

Oprócz oczywiście wyścigów ósemek o zwycięstwa walczą też inne osady. Bydgoszczanie już w przyszłą środę będą nawiązać chcieli do sukcesów chociażby Teodora Kocerki, który w Henley dwukrotnie (1955, 1956) zwyciężał w wyścigu jedynek o "Diamentowe Wiosła". W 2001 roku sukces w dwójce wspólnie z Tomaszem Kucharskim świętował tam Robert Sycz. W 1939 roku drugi był Roger Verey - legenda polskiego wioślarstwa przed wojną.

- My nie myślimy o miejscach. Sam udział w takiej imprezie, to wielki zaszczyt. Przecież w samych kwalifikacjach odpadło już ponad 30 osad - opowiada trener ósemki UKW.

W tym roku obok nich na starcie staną same uniwersyteckie potęgi i legendy: Oxford, Cambridge, Harvard, Yale. Dla Anglików zwycięstwo jest sprawą honoru, a od 2000 roku tylko raz udało im się wygrać. W tym stuleciu musieli znosić co roku ogromne upokorzenie - przegrywali za każdym razem z nuworyszami z USA



NATALIA SIWIC I INNE PIĘKNE CHWILE NA EURO