Jak podróżowano na dawne olimpiady: transatlantyki i super connie

Teraz wszystko jest proste - dwie godziny lotu boeingiem do Londynu to przecież żaden problem, nawet w klasie ekonomicznej. Dawni olimpijczycy musieli wytrzymać w samolocie prawie cztery dni. Nie narzekali. Podobała im się także podróż sowieckim wagonem. Ale tak było aż 60 lat temu.
Kolejni członkowie polskiej reprezentacji olimpijskiej docierają do Londynu. Z transportem nie ma kłopotu, bo XXX igrzyska odbywają się, jak na współczesne standardy mierzenia odległości, praktycznie za miedzą.

Zawodnicy wsiadają na Okęciu do boeingów LOT-u ze zniżkowymi biletami, które funduje Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu nasz narodowy przewoźnik i po dwóch godzinach lądują na Heathrow.

Najdłuższa podróż w dziejach

W 1932 roku igrzyska olimpijskie odbywały się znacznie dalej - na zachodnim wybrzeżu USA, w Los Angeles. Jako że zaledwie pięć lat minęło wtedy od pionierskiego lotu Charlesa Lindbergha przez Atlantyk, podróż lotnicza reprezentacji z Europy leżała wówczas tylko w sferze marzeń. Pozostawał rejs transatlantykiem, a potem jazda pociągiem przez całe Stany Zjednoczone. Eskapada trwała ponad dwa tygodnie, co było wielce kłopotliwe dla sportowców, którzy w tym czasie gnuśnieli bez możliwości normalnego trenowania.

Polacy, wśród nich byli także bydgoszczanie, zamustrowali się w Gdyni na liniowiec SS Pułaski. Całkowicie wyjątkowo potraktowano tylko sławnego biegacza Janusza Kusocińskiego. Przyszły mistrz olimpijski na 10 kilometrów popłynął z Hawru luksusową "Mauretanią". To był bliźniaczy okręt sławnej, brytyjskiej "Lusitanii", którą zatopił niemiecki U-Boot podczas pierwszej wojny światowej. Oba statki wyglądały jak prawdziwe, pływające hotele. Nawet na pokładzie dla podróżnych trzeciej klasy był salon damski na 90 miejsc, palarnia dla 110 panów, szpital. Prawdziwy zachwyt budziła jednak pierwsza klasa dla blisko 600 pasażerów. Dwupoziomową jadalnię zdobiła świetlna kopuła, a dla dzieci przewidziano osobną jadalnię. Kusociński miał zwykłą kajutę, ale mógł biegać w trakcie rejsu po wielkim pokładzie, żeby zachować formę. Największą zaletą obu statków była jednak prędkość. Na pokonanie Atlantyku potrzebowały niespełna tygodnia. "Mauretania" pływała przez 27 lat, przemierzyła Atlantyk prawie 600 razy. Na złom poszła trzy lata po olimpiadzie w Los Angeles.

Pozostali sportowcy z Polski, wśród nich i bydgoszczanin Jerzy Braun, nie podróżowali w tak komfortowych warunkach. "Pułaski" był znacznie mniejszy i wolniejszy (rozwijał tylko 14 węzłów) niż luksusowa "Mauretania". Zawodnicy musieli sobie jednak jakoś radzić. Braun, wioślarz BTW Bydgoszcz, który przywiózł z Los Angeles dwa medale (srebro w dwójce i brąz w czwórce) ćwiczył w zaimprowizowanej siłowni. Gorzej mieli biegacze. Z reguły kończyło się na rozciąganiu. "Pułaskim" na swoją drugą olimpiadę płynął urodzony w Nakle Klemens Biniakowski. Cztery lata wcześniej w Amsterdamie biegał na 400 metrów i w sztafecie jako zawodnik bydgoskiej Polonii. Potem przeniósł się do Warty Poznań. - To był mój pierwszy idol. Pamiętam go po wojnie, w latach 50. jako trenera. Trochę kulał po wojennych przeżyciach. Jechał na rowerze wzdłuż Noteci, a przed nim biegli jego zawodnicy - wspomina Alfons Niklas, lekkoatleta Zawiszy, który startował na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne w 1956 roku

Do Helsinek w sowieckim wagonie



Wioślarze, podobnie jak to jest na XXX igrzyskach w Londynie, zawsze byli mocną stroną bydgoskiego sportu i reprezentowali go na kolejnych olimpiadach. Największą jej gwiazdą podczas igrzysk w Helsinkach w 1952 roku był Teodor Kocerka - także zawodnik BTW. W stolicy Finlandii zdobył brązowy medal w skiffie. Tak jak cała nasza reprezentacja dojechał tam pociągiem.

Razem z nim w ekipie znalazł się Jan Świątkowski, klubowy kolega z BTW. Olimpijską podróż do Helsinek opisał drobnym maczkiem w zwykłym zeszycie. Na okładce napisał "Świątkowski Jan. Olimpiada 1952, Helsinki".

Początek podróży: 5 lipca 1952 - sobota: "Godz 3.10 wyjazd z Bydgoszczy do Warszawy. Zbiórka na AWF Bielany. Załatwienie utraconego zarobku na Alejach Róż i Rozbracie. Po obiedzie pasowanie obuwia, spodni, marynarek i całej bielizny. A więc: buty białe, spodnie białe i popielate, marynarki czerwone, koszule 2 białe, 2 żółte i 2 niebieskie, 2 ręczniki, 2 koszulki, slipy, czepek, spodenki, tenisówki, trampki, skarpety wełniane białe i 2 pary popielatych. W godzinach popołudniowych było pożegnanie olimpijczyków, lecz my pasowaliśmy te rzeczy. Dużo gadania bo wioślarze chłopcy jak dęby, a tu spodnie krótkie, buty małe. Kolacja i spać". Świątkowski był precyzyjny i zapisywał wszystko. Oto przykład z kolejnego dnia: "6 lipca - niedziela. Godzina siódma wstajemy z Tojem (Teodorem Kocerką). Mycie i apel, potem śniadanie: szynka, 3 jajka, miód, bułki, czereśnie. Samochodem na trening. Obiad: cielęcina, kartofelki, zupa kalafiorowa, na deser kompot i truskawki. Po obiedzie odpoczynek. O godz. 18.00 ostatni apel, w białych spodniach, butach i czerwonych marynarkach. Dostaliśmy jeszcze torby - białe płótno i czerwoną skórą obszyte, podobne do Czechów". Następnego dnia polska drużyna wyruszyła w drogę ze stolicy do Helsinek. Jak to w stalinowskich czasach bywało, podróż zaczęła się od apelu i przemówienia partyjnego aparatczyka. Potem była defilada: " Wiara wygląda morowo. Kobiet mało za to mężczyzn dużo. Wioślarze w pierwszych czwórkach, reszta to "konusy". - pisze wioślarz BTW.

Jechali w drugiej klasie, ale za to tylko po czterech w przedziale. W Brześciu, już za granicą polsko-radziecką przesiadają się do sowieckich wagonów. "Specjalny dla nas, nowe wagony, na czterech, na niebiesko wnętrza, cudo, spanie wygodne, radio, lampka. Przeładowujemy łodzie, praca idzie nam sprawnie. Potem lekki bieg i odjazd. Obiad w wagonie restauracyjnym: zupa solanka, przed tym kiełbasa, kotlet z groszkiem i ciastko. Napoje lemoniada. Po tym zasypiamy. Budzą nas na kolacje: ser, kawior, szynka, groszek, chleb, ciastko, herbata".

Podczas postojów wszyscy próbowali trenować: "Gimnastycy na szynach, biegacze, bokserzy, wszyscy ćwiczą. Na kolację sznycel z jajkiem, wiara je po dwie porcje". Na trzeci dzień specjalny pociąg olimpijski dotarł do Leningradu - tak się nazywał w tamtych czasach Petersburg: "Muzyka w wagonie gra, już nie tak daleko do Helsinek, prawdopodobnie wieczorem mamy tam być. Jedziemy na dawniejszym terytorium Finów same lasy i kamienie. Wioślarze wyszli na wagon gdzie były łodzie i tak jechaliśmy kawał drogi. Po śniadaniu dostaliśmy suchy prowiant: butelkę wody, chleb obłożony i kawior. Jesteśmy na granicy fińskiej, jest godz. 6.00 wieczór. Co za krajobrazy, skały, drzewa. Nic nas nie badano, wyszliśmy z pociągu. Bieg, gimnastyka. Grano na akordeonie i gitarze, tańczono i śpiewano, brano się z Finami pod ręce. Miłe to chwile były na ziemi fińskiej" - opisuje Świątkowski.

Podróż koleją z Warszawy do Helsinek trwała prawie trzy doby. Zamiast jednak do wioski olimpijskiej dla wszystkich, Polacy musieli pojechać do Otaniemi - tam w akademikach politechniki mieszkali osobno sportowcy z krajów komunistyczny. Z głównego budynku srogo spoglądał potem na nich przez całe igrzyska portret Stalina.

Atest z Neptunem

Cztery lata później igrzyska zawitały aż do Melbourne. Na Antypody nie trzeba było się tłuc kilka tygodni oceanicznym liniowcem. Latały już długodystansowe samoloty pasażerskie. Polską reprezentację przewiózł czterosilnikowy Lockheed Superconstellation w barwach holenderskich linii KLM. Nasi olimpijczycy wsiedli do niego w Rzymie i przelecieli nim niemal 20 tysięcy kilometrów.

- Był wielki, jak na tamte czasy. Mieścił ze stu pasażerów. Siedziałem obok sławnego trenera bokserów Feliksa Stamma przy samym skrzydle i w nocy często patrzyliśmy na długie płomienie wydobywające się z rur wydechowych - wspomina Alfons Niklas, olimpijczyk z Melbourne. Superconstellation, choć to była największa maszyna tamtych czasów, potrzebowała postojów.

Podróż z Rzymu do Melbourne trwała prawie cztery dni - Dwie noce przespaliśmy w powietrzu, a dwie w hotelach w Karaczi i Bangkoku. Pierwszy etap trasy prowadził z Włoch do Teheranu. Kolejny do Karaczi. Potem był skok do Bangkoku - Pamiętam, że tam mieszkaliśmy w bungalowach na palach, na wodzie - mówi Niklas. Z Tajlandii polecieli do Manili na Filipinach - Po każdego z nas wyszła Filipinka z parasole. Moja towarzyszka była tak niska, że parasol w jej ręku wchodził mi pod pachę. Zabrałem go i sam poniosłem, żeby mogła się schować - opowiada były lekkoatleta Zawiszy. Po drodze z Manili do Port Darwin, na północy Australii, sportowcy przekroczyli równik. Każdy z pasażerów dostał specjalny atest z wizerunkiem Neptuna, bo to przypominało tradycyjny chrzest dla marynarzy przekraczających równik. Alfons Niklas ma w swych zbiorach do tej pory tę pamiątkę.

Potem był już ostatni etap długiej trasy - lot z Port Darwin na południe Australii - do Melbourne. - Do tej pory mam przed oczami dzieci w krakowskich strojach, które nas powitały na lotnisku. To było niesamowita niespodzianka, którą sprawiła nam australijska Polonia - wspomina 83-letni weteran bydgoskiego sportu.

Więcej o: