Boniek sam też knoci. Niech kolegów nie upomina

31 maja 1975 roku o godzinie 18.37 zmieniła się historia polskiej piłki nożnej. Zbigniew Boniek kopnął wtedy piłkę z rzutu karnego i trafił w słupek - zamiast do siatki zespołu Lechii Gdańsk. Gdyby strzelił tę jedenastkę, życie prezesa PZPN potoczyłoby się może zupełnie inaczej.
Kiedy nastoletni Zbyszek Boniek, niewysoki i bardzo szczupły, biegał jeszcze za piłką między blokami na bydgoskim osiedlu Leśnym, przed czarno-biały telewizor w mieszkaniu przy ul. Sułkowskiego ściągała go tylko "Bonanza". Uwielbiał "Czterech pancernych i psa" oraz Klossa, ale westernowa "Bonanza" była ponad wszystko.

Bohaterami najbardziej popularnego w latach 60. w polskiej telewizji amerykańskiego serialu była rodzina Cartwrightów. Jej senior, właściciel rancza Ponderosa nad jeziorem Tahoe w stanie Nevada, miał trzech synów: grubego Hossa, przystojnego i zrównoważonego Adama oraz najmłodszego Joe - niesfornego i ciągle sprawiającego kłopoty ojcu i starszym braciom. Młody Boniek najbardziej lubił właśnie jego. I ciągle się wzrusza, nawet kiedy po latach ogląda tę starą "Bonanzę".

Boniek obniża poziom sportowy klasy

Na piłkę nożną był właściwie skazany od samego urodzenia. - Pokochałem futbol, kiedy miałem sześć lat i obejrzałem mecz dwóch bydgoskich drużyn, Polonii i Zawiszy - wyznał Boniek w swym wystąpieniu na wyborczym zjeździe PZPN przed tygodniem. Miał komu kibicować w tamtym spotkaniu sprzed 50 lat. Jego tata Józef grał w Polonii na środku obrony. - W domu nikt do niczego go nie zmuszał. Sam wybrał swoją drogę - wspominał kilka lat temu ojciec nowego prezesa PZPN.

Syn jednak wybrał Zawiszę. - Bo był wtedy lepszy, kiedy zaczynałem. Całe podwórko tam szło - tłumaczył.

- Dawne to lata, więc sobie dobrze nie przypominam, ale Zbyszek rzeczywiście sam chyba pierwszy raz przyszedł, żeby się zapisać na treningi. I na początku niczym specjalnym się nie wyróżniał. Był szczuplutki i dość niski. Jakoś tak później wyskoczył po wakacjach w górę - mówi Stanisław Mątewski, jeden z trenerów młodego Bońka, który w Zawiszy pracuje od 1968 roku.

Dwa lata później Boniek był już nie tylko dobrze zapowiadającym się piłkarskim talentem i uczniem jednego z najlepszych w Bydgoszczy, prestiżowego VI LO. Na szkolnym boisku przy ul. Staszica był także gwiazdą międzyklasowych meczów. - Co się między innymi tym przejawiało, że jak grał w jakimś szkolnym meczu i dostał piłkę, to nie oddał już jej nikomu. Sam przedryblował wszystkich i strzelił gola - opowiada jeden z jego kolegów.

Nie zawsze chyba jednak tak było, skoro nauczyciel WF-u musiał kiedyś wpisać do dziennika Bońkowi uwagę: "Uczeń nie przejawia na boisku podczas szkolnych rozgrywek ambicji sportowej, czym obniża poziom sportowy klasy".

Niesforny i niepokorny, jak Mały Joe z Bonanzy, uwagi zbierał nie tylko na WF-ie. "Przeszkadza na lekcji p.o.", "Nie uważa na muzyce" - to też się zdarzało.

- Kiedy byłem drugim trenerem pierwszego już zespołu seniorów, do moich obowiązkach należało kontaktować się ze szkołami, do których chodzili młodsi piłkarze naszej drużyny. W VI LO nie przypominam sobie jednak żadnych problemów - wspomina Mątewski.

Boniek jako uczeń trzeciej klasy liceum zadebiutował w pierwszej drużynie Zawiszy. Piłkarze grali wtedy w II lidze, czyli na tym samym poziomie rozgrywek, co obecny zespół. Szczupły, żywiołowo biegający po boisku 17-latek wystąpił w meczu ze Stoczniowcem Gdańsk. To pamiętna data - 20 października 1973 roku - a więc ledwie trzy dni po legendarnym remisie polskiej reprezentacji na Wembley z Anglią.

- Oglądałem go razem z tatą. Kiedy się skończył, wyszedłem z domu na klatkę schodową i zacząłem płakać. Miałem 17 lat i wstyd mi było płakać przy tacie - wspominał tamto zdarzenie w 2004 roku w wywiadzie dla "Dużego Formatu" - magazynu "Gazety Wyborczej".

W debiutanckim spotkaniu ze Stoczniowcem został zmieniony w drugiej połowie. W kolejnym, z Lublinianką, zagrał już przez 90 minut. W Zawiszy został jeszcze tylko półtora roku.

- Pamiętam, jak mi mówił, kiedy miał te 17 czy 18 lat: Chcę być piłkarzem zawodowym i będę grać w reprezentacji Polski - wspomina Mątewski.

Boniek nie jest niezastąpiony

Wiosną 1975 roku 19-letni Boniek był już jedną z gwiazd Zawiszy. Zespół, który trenował Bronisław Waligóra, radził sobie doskonale. Znajdował się wówczas w czołówce II ligi. Walczył o awans z Widzewem Łódź i Lechią Gdańsk. 31 maja 1975 roku Lechia przyjechała do Bydgoszczy na arcyważny mecz. Trzeba było go wygrać. W sobotnie popołudnie, o 17.30, sędzia rozpoczął pojedynek. Do przerwy było 0:0. Pięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy Boniek w szalonym rajdzie minął czterech obrońców Lechii i kiedy szykował się w polu karnym do strzału, skosił go obrońca z Gdańska. Jedenastka dla Zawiszy. Nawet kibice krzyczeli, żeby sam Boniek strzelał.

- Nikt nie chciał, więc ja strzeliłem - opowiadał w rozmowie z "Gazetą". Wziął piłkę, ustawił ją na jedenastym metrze i... trafił w słupek. Była 18.37 - chwila, która zdecydowała, że Boniek nie zagrał więcej w Zawiszy, a piłkarską karierę zrobił poza Bydgoszczą.

Cztery minuty później Lechia dostała karnego i zdobyła zwycięską bramkę. Po meczu doszło do awantury o tego spudłowanego karnego między młodym piłkarzem a legendą Zawiszy Zdzisławem Krzyszkowiakiem. Dziś bydgoski stadion nosi imię sławnego lekkoatlety.

Boniek tak o tym opowiadał po latach: - Wtedy publiczność siedziała przy samym wejściu do szatni. I nagle słyszę, jak obok mnie jakiś facet wykrzykuje: "Kto dał gówniarzowi strzelać karnego?!". Ja się odwróciłem: "Panie, a kim pan jest? Co to pana obchodzi, kto strzelał karnego? Niech pan mnie tu nie obraża". A ten: "To ty nie wiesz, kim ja jestem?!". A ja: "Nie interesuje mnie, kim pan jest".

Kibice poznali wówczas inną wersję, a Boniek stał się wrogiem publicznym nr 1. Wezwał go na dywanik dyrektor "szóstki". Do wychowywania niesfornego nastolatka nawoływała "Gazeta Pomorska", prasowy organ Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Boniek stał się "kapryśną primabaleriną i awanturnikiem":

"W czasie meczu ten młody człowiek zgłasza stałe pretensje pod adresem współgraczy, dodajmy, pretensje nie zawsze słuszne, bo sam Boniek, jak to zwykle w piłce bywa, sam też knoci. Nie podobają się mu też, jeszcze nie w pełni piłkarzowi, a już primabalerinie, decyzje sędziów.

A jak się pan Boniek zachowuje poza boiskiem. Po wspomnianym spotkaniu z Lechią obrzucił najpierw wyzwiskami kibiców, a potem interweniującemu mistrzowi olimpijskiemu z Rzymu, Zasłużonemu Mistrzowi Sportu, Zdzisławowi Krzyszkowiakowi, starszemu koledze klubowemu, nie tylko odpowiedział w podobny sposób, ale zagroził, że go pobije.

Czy będziemy przymykać na to oczy w imię wyższych interesów? Po pierwsze: podobny przykład może stać się zaraźliwy. Po drugie: Boniek nie jest niezastąpiony" - pisała "Gazeta Pomorska".

Przeproszenie Zdzisława Krzyszkowiaka nie pomogło. Władze Zawiszy posłuchały dziennikarza i przykładnie ukarały młodego piłkarza. Latem Boniek został oddany do Widzewa Łódź i tam wkroczył na ścieżkę piłkarskiej sławy, która doprowadziła go potem m.in. do zdobycia z Juventusem Turyn Pucharu Europy.

Będzie pan o mnie słyszał i czytał

- Spróbujmy stworzyć historię alternatywną i zmieńmy bieg zdarzeń. Boniek strzela tę jedenastkę, Zawisza wygrywa mecz z Lechią. Nie ma kłótni z Krzyszkowiakiem i jej następstw. Sądzi pan, że Boniek zostałby w Zawiszy i stąd może powędrował do Juventusu? - pytamy Bronisława Waligórę. To u niego Boniek debiutował w II lidze. Waligóra był też trenerem Zawiszy w ostatnim sezonie Bońka w bydgoskim klubie.

- Możemy się zabawić. Proszę bardzo. Od razu jednak mówię, że ja nie wierzę, żeby to coś zmieniło. On był już przecież znany. Wiele klubów bogatszych od Zawiszy go obserwowało. Leszek Jezierski z Widzewa pytał mnie o niego wtedy wielokrotnie - odpowiada Waligóra.

- Zbyszek miał zawsze charakter. W Widzewie też szybko rządził na boisku i słuchali go piłkarze starsi o 8 czy 10 lat. A ja do tej pory pamiętam, jak mi mówił: Panie trenerze, pan będzie o mnie słyszał w telewizji i czytał w gazetach. Dokonał tego. Ciągle słyszę o nim i czytam. Życzę mu, żeby odmienił PZPN i całą naszą piłkę. Stać go na to - mówi trener Waligóra. - I w sumie to może nawet dobrze, że nie strzelił tamtego karnego.