Poszli drogą miecza. Cięcie na przeciwniku ćwiczy się całe życie

Punkt zdobywa się po trafieniu przeciwnika prawidłowym cięciem lub pchnięciem. Narzędziem walki jest bambusowy miecz
Kendo (w języku japońskim nazwa oznacza drogę miecza) na świecie uprawia ok. 5 mln ludzi. W Polsce sztukę walki wywodzącą się z szermierki japońskich samurajów uprawia tylko 700 osób. W sobotę w Bydgoszczy odbyły się zawody Północno-Wschodniej Ligi Kendo.

Sensei Janusz Stępowski przygodę z kendo zaczął 7 lat temu. - Byłem po trzydziestce, zacząłem się porównywać do rówieśników. Szukałem czegoś, w czym mogę się spełnić. Wcześniej ćwiczyłem karate i aikido - opowiada. Dziś jest trenerem i prezesem Bydgoskiego Stowarzyszenia Kendo Iaido i Jodo. Bydgoska grupa liczy 23 osoby.

Na strój zawodnika składa się maska, napierśnik, rękawice, osłona bioder, bluza, spodnie, chusta na głowę i identyfikator. Kilka zbroi trafiło do Bydgoszcz przez polski związek, który otrzymał je od ambasady Japonii w Warszawie.

Kluczowy jest shinai, czyli bambusowy miecz. Jest elastyczny i zazwyczaj złożony z czterech listewek. Punktuje się trafiając w sposób regulaminowy w zabezpieczoną część ciała. Zawodnicy walczą na boso. - Jak w wielu sztukach walki wywodzących się z Japonii, ważna jest etykieta - tłumaczy Janusz Stępowski. Zawodnicy w odpowiedni sposób wchodzą na planszę, poruszają się według ustalonych reguł. Szacunek do innych jest wymagany także podczas treningów. - Żarty nie są zakazane, ale nie mogą być skierowane przeciwko drugiej osobie - wyjaśnia sensei.

W kendo ważniejsze od szybkości i siły są technika i doświadczenie. - 60-letni mistrzowie nie jeżdżą na turnieje, bo pewnie zabrakłoby im kondycji, ale w pojedynczych walkach są lepsi od nas, trzykrotnie młodszych - mówi Maciej Majerczyk. Nie bez szans są też kobiety, które mogą startować na zawodach razem z mężczyznami. - Kendo jest drogą do samorealizacji. Należy zachęcać ludzi do uprawiania sportu, ale ważniejsze od dyscypliny jest to, z kim się ćwiczy - mówi Janusz Stępowski.