Osuch: Podejrzenie korupcyjne rozwaliło nam drużynę

- Do zdobycia jest jeszcze 30 punktów i spokojnie można awans wywalczyć. A charyzma i spokój nowego trenera mają w tym pomóc. To nasz trener marzenie - mówi o zatrudnieniu Ryszarda Tarasiewicza właściciel bydgoskiego Zawiszy Radosław Osuch
Remigiusz Jaskot: W jakich stosunkach rozstał się pan z trenerem Szatałowem?

Radosław Osuch: W bardzo dobrych. Trener zostawił w klubie wiele serca, za co mu dziękuję. Chciałbym, żeby w przyszłości, w ekstraklasie, pełnił ważną funkcję w klubie, na przykład dyrektora sportowego. Podobnie jest z trenerem Januszem Kubotem. Na obu nie powiem złego słowa. Byli oddani klubowi, ale złapali dramatyczną zadyszkę wynikową. Dla mnie trener Szatałow to jeden z najlepszych szkoleniowców w kraju.

Rozwiązanie umowy to wynik waszej wspólnej rozmowy czy inicjatywa wyszła od którejś ze stron?

- Trener Szatałow przed meczem z Dolcanem powiedział, że porażka będzie oznaczała, że nie potrafi już nic wykrzesać z zespołu. Przegraliśmy i trzeba było się rozstać. Rozmowa trwała chwilę, podobnie jak z trenerem Tarasiewiczem. W ciągu jednego dnia byłem w stanie ściągnąć dobrego trenera z dużym nazwiskiem. To trener o określonej wartości, z górnej półki, dla nas to kolejny krok do przodu. Jako właściciel nie jestem w stanie już nic więcej zrobić. Musiałem głęboko sięgnąć do kieszeni. Na to nikt nie patrzy, ale każda zmiana trenera albo zawodnika to duże wydatki. Ale cały czas to dźwigam. Gdyby trener Tarasiewicz słyszał, że jest inaczej, toby do nas nie przyszedł.

Kiedy żegnał się pan z trenerem Szatałowem, to wiedział pan, że Ryszard Tarasiewicz będzie pierwszą osobą, do której pan zadzwoni?

- Był pierwszy. Powiedział, że nie odmówi, wsiadł w samochód i przyjechał, bez uzgadniania szczegółów. Za to go cenię. Rozmowa trwała trzy minuty. Podał swoje warunki, ja wyraziłem moje zdanie i doszliśmy do porozumienia. Do zdobycia jest jeszcze 30 punktów i spokojnie można awans wywalczyć. A charyzma i spokój nowego trenera mają w tym pomóc. To nasz trener marzenie.

Dla mnie dzisiejszy dzień jest bardzo ciężki. Pożegnać trenera nie jest łatwo. Nie spodziewałem się, że dojdzie do takiej sytuacji. Byłem spokojny, że pod wodzą Szatałowa awansujemy. Ale wszystko rozpadło się jak domek z kart i musieliśmy zareagować. Nie można było czekać dłużej. Rozważaliśmy, czy trener powinien zostać na jeszcze jeden mecz, ale on sam uznał, że drużyna potrzebuje świeżej krwi.

O trenerze Szatałowie wypowiada się pan w samych superlatywach. W czym w takim razie upatruje pan, jak to pan powiedział, zadyszki wynikowej?

- Na katastrofę, którą przeżyliśmy, składa się wiele elementów. Nie winiłbym trenera, który wszystko robił na najwyższym poziomie. Nie chcę robić z niego kozła ofiarnego. Nie wiem, jakie są przyczyny. Należy pytać zawodników, oni grają na boisku. Ostatnie mecze były fatalne, co jeden to gorszy. Może z Dolcanem były oznaki poprawy. W czwartej minucie mieliśmy ewidentnego karnego. Przeciwko nam takie jedenastki są gwizdane, choćby w Stróżach. Tutaj piłkarz w polu karnym chwycił piłkę w obie ręce, leżał na niej dwie sekundy, sędzia odwrócił się, uśmiechnął i pobiegł dalej.

Drużynie zaszkodziło też podejrzenie korupcyjne przed meczem z Arką.

- To nam rozwaliło drużynę. Zespół, który grał najlepiej w lidze, nagle się rozleciał. Kto weźmie za to odpowiedzialność? Nie ma żadnych poszlak, nic.

Ma pan żal do prezesa PZPN Zbigniewa Bońka, że o podejrzeniach powiedział publicznie przed meczem?

- Trudno mówić o żalu, bo Zbigniew Boniek chce po prostu oczyścić stajnię Augiasza, jaką był związek. Ale moim zdaniem był w tym nadgorliwy. Nie chcę go obwiniać, ale zaszkodził klubowi. Czekam na przeprosiny. Mam pretensje do sędziego Krzysztofa Jakubika. Inni arbitrzy potrafią zadzwonić i przeprosić. A wypaczył wynik bardziej niż inni. Nie został odsunięty od sędziowania i sprawę zamieciono pod dywan. Nie rozumiem tego. Ta sprawa powinna być wyjaśniona do końca. Gdyby nie to podejrzenie, to mecz z Arką wygralibyśmy tak jak poprzednie spotkania. Ten mecz był początkiem naszego dramatu.