Ma 77 lat. Bieg dodaje mu ducha do życia

- Jak wbiegam pod górę, czuję się jak Justyna Kowalczyk. Wydaje się, że człowiek nie da rady. Ale udaje się - o swojej miłości do biegania opowiada 77-letni Zdzisław Mielcarek
Od wielu lat startuje w większości biegów w Bydgoszczy i okolicach. - Niektórzy żartują, że beze mnie zawody nie mogłyby się odbyć - śmieje się. Biega przez cały rok: zimą, oczywiście, także. Startował np. w sylwestrowym biegu w Brzozie. Rok temu 10 km pokonał tam w 48 i pół minuty. - Niektórzy ludzie mi się przyglądali. Mówili, że to niemożliwe. A to wszystko dzięki treningowi - opowiada.

Zdzisław Mielcarek biega od 30 lat. Wcześniej też biegał, ale na piłkarskim boisku. Był zawodnikiem Gwiazdy Bydgoszcz. W 1957 roku drużyna awansowała do III ligi. - Zawsze mogłem biegać więcej niż inni. Trener Konrad Labenz mówił, że na pełnych obrotach grałem zawsze dopiero w drugiej połowie - opowiada. Później grał w oldbojach, a biegać zaczął w TKKF Orzeł. - Lekarze się dziwią, że jeszcze uprawiam bieganie. Ale ja muszę się ruszać, kocham ruch - uśmiecha się. 76-letniego entuzjastę znają z widzenia mieszkańcy Szwederowa, bo stamtąd rusza w trasę bez względu na pogodę. - Śnieg czy mróz nie przeszkadza. Problem jest tylko, kiedy jest naprawdę ślisko, kiedy śnieg się stopi i znowu zamarznie. Wtedy biegam poboczem drogi, na której śnieg jest odgarnięty - tłumaczy. Zazwyczaj biega z grupą kolegów w Lesie Kujawskim. Teren jest pagórkowaty, można się zmęczyć. - Jak wbiegam pod górę, to czuję się jak Justyna Kowalczyk. Wydaje się, że człowiek nie da rady. Ale udaje się - mówi. Miłośników biegania zachęca do startów w zawodach i rekreacji. - Wtedy każdy może sprawdzić siebie, zobaczyć, na ile go stać. Można zobaczyć siebie na tle innych. To pomaga - oznajmia. Sam startów w ciągu roku nie liczy, podobnie jak medali i pucharów, które ma w domu. - Żona mówi, że nie mamy już gdzie ich trzymać - podkreśla.

Bydgoski miłośnik biegania był już mistrzem Polski weteranów powyżej 75 lat w półmaratonie (to dystans 21 km). Wtedy pokonał dystans w godzinę i 47 minut. - Rywalizacja napędza. Siedzi coś takiego w człowieku, że nie chce pozwolić, żeby ktoś go wyprzedził. To piękne - opowiada. Po zawodach podchodzą do niego młodsi biegacze. - Mówią: "Udało mi się, dziś byłem od pana szybszy". Od innych słyszę: "To jeszcze nie dziś, ale byłem blisko pana". To sprawia mi radość - opowiada. Przerwy od biegania robi sobie tylko dwa razy w tygodniu, ale bywa, że nawet jemu nie chce się biegać. - Organizm się czasem broni. Zdarza się, że idę z nastawieniem, że danego dnia poćwiczę tylko tyle, ile będę mógł. Ale w grupie jest raźniej. Kiedy biega się z kolegami, łatwiej się przemóc - tłumaczy. Tym, którzy zaczynają przygodę z bieganiem, zaleca rozwagę. - Trzeba biegać z głową, nie szaleć na początku. Widzę takich młodych ludzi na zawodach, myślą, że od razu zostaną mistrzami świata. Zaczynają ostro, a potem ich po kolei wyprzedzam - tłumaczy. Ważne są dobre i wygodne buty oraz dokładna rozgrzewka. Istotny jest też odpoczynek, nieprzygotowany organizm musi mieć czas, by dojść do siebie. Od kilku lat w lesie spotyka coraz więcej nowych osób. - To bardzo pozytywne. W dodatku coraz częściej biegają też kobiety - mówi.