Lewandowski tuż za podium. Czwarty po raz drugi

Lekkoatleta bydgoskiego Zawiszy tuż za podium mistrzostw świata. Marcin Lewandowski ścigał się na finiszu o medal w biegu na 800 metrów, ale metę minął na czwartej pozycji - tak samo jak dwa lata temu, podczas mistrzostw w Daegu
Jesteś kibicem z Bydgoszczy? Dyskutuj i dołącz do nas na Facebooku Sport.pl Bydgoszcz »

Niewiele brakowało, żeby mistrz Europy wywalczył jednak medal w Moskwie. Nie udało się i to była już ostatnia szansa na podium bydgoskich lekkoatletów podczas tegorocznych mistrzostw świata.

Lewandowski wystartował w finale 800 metrów z drugiego toru. Najsilniejsi rywale biegli przed nim. Nie było wśród nich wprawdzie rekordzisty świata i mistrza olimpijskiego Davida Rudishy z Kenii, ale aż sześciu finalistów miało lepsze czasy niż zawodnik Zawiszy. Najlepszy z nich był Amerykanin Duane Solomon i to jego uznawano za faworyta 800 metrów.

Po starcie Lewandowski został kilka metrów z tyłu i najpierw musiał ścigać rywali. Do czołówki dołączył 400 metrów przed metą. Ostatnie okrążenie było niezwykle emocjonujące. Na ostatnią prostą Polak wybiegł na szóstym miejscu, ale finiszował bardzo mocno. Pięćdziesiąt metrów przed metą wyprzedził słabnącego Solomona. Przed Lewandowskim biegli jeszcze Mohammed Aman z Etiopii, Amerykanin Nick Symmonds i Ayanleh Souleiman z Dżibuti. - Niestety, zabrakło sił i dystansu, żeby któregoś z nich jeszcze wyprzedzić - mówi Lewandowski.

Sportowiec Zawiszy powtórzył swój sukces z mistrzostw świata w koreańskim mieście Daegu, gdzie inny bydgoszczanin Paweł Wojciechowski świętował złoty medal w skoku o tyczce. Do Moskwy nie pojechał z powodu kontuzji, ale Lewandowski dzielnie bronił honoru bydgoskiej lekkiej atletyki. W finale mistrzostw świata był najszybszy z Europejczyków i uzyskał swój najlepszy czas w tym roku (1.44,08). Złoto zdobył Aman, a za nim linię metę minęli Symmonds i Souleiman. Do brązowego medalu naszemu lekkoatlecie zabrakło niewiele - 0,32 sekundy.

A naprawdę mało brakowało, żeby Lewandowski w ogóle w Moskwie nie wystartował - z powodu uszkodzonego paszportu. Pięć dni temu leciał do Rosji prosto z obozu w St. Moritz w Szwajcarii. Na lotnisku w Zurychu zatrzymali go szwajcarscy pogranicznicy, bo paszport Polaka miał naderwaną kartkę przy grzbiecie. Z Zurychu od razu pojechał do Berna, do polskiej ambasady. Tam od ręki otrzymał paszport zastępczy. Do Moskwy dotarł w nocy z piątku na sobotę, kilka godzin przed swoim pierwszym startem w eliminacjach. - Pomyślałem wtedy, że się nie poddam tak łatwo, i udało się - mówi Lewandowski.