Sport.pl

O polskiej piłce ręcznej: Cztery kluby płacą. Potem jest przepaść

Szymon Ligarzewski zdobył siedem medali mistrzostw Polski. 40 razy grał w reprezentacji. - Powinienem zostać w Niemczech. Jestem rozczarowany tym, jak wygląda polska piłka ręczna - mówi były bramkarz kadry, który po latach wraca do rodzinnej Bydgoszczy
Remigiusz Jaskot: Po co siedmiokrotnemu medaliście mistrzostw Polski i 40-krotnemu reprezentantowi gra w drużynie, w której niektórzy dopiero uczą się piłki ręcznej?

Szymon Ligarzewski: Na razie tylko tu trenuję. Mam 39 lat, chciałbym być bliżej domu. Wywodzę się z bydgoskiego AZS, to mój ukochany klub. W Bydgoszczy zaczęła się moja sportowa przygoda i może tutaj się skończy. Ale niewykluczone, że wyjadę grać do Niemiec. Mój menedżer działa i jeśli dostanę dobry kontrakt, to pogram tam rok albo dwa.

Pod koniec sierpnia można jeszcze znaleźć dobry klub?

- W trzeciej lidze niemieckiej zarobię więcej niż w niektórych zespołach polskiej ekstraklasy. A to tylko kilka dni pracy w tygodniu. Jedzie się w czwartek, piątek trening, sobota mecz. Spokojnie da się to zrobić.

A jaka jest sytuacja AZS-u?

- Zobaczymy. Trenować i tak muszę, a z chłopakami dogaduję się bardzo dobrze. Przyjemna hala, moje miasto. Może znajdzie się sponsor, który będzie chciał wykupić indywidualną reklamę na moim stroju.

Trzy lata temu, gdy poprzednio grał pan w AZS-ie, były ambitne plany, ale w trakcie sezonu skończyły się pieniądze i drużyna się rozpadła. To ma wpływ na pana spojrzenie na klub?

- Na pewno. W Bydgoszczy przez wiele lat nie udawało się zbudować dobrego klubu piłki ręcznej. W 1993 roku zdobyliśmy z trenerem Andrzejem Kaczorowskim mistrzostwo Polski juniorów starszych. Mieliśmy wielu zawodników, którzy potem grali w ekstraklasie. Ale nawet wtedy nic z tego nie wyszło. Chyba nikomu nie zależy na piłce ręcznej. Szkoda.

Po pana odejściu było jeszcze gorzej. Nie było pieniędzy na podróże na mecze, lekarza czy masażystę. Od dwóch lat klub się odbudowuje.

- Kiedy wchodziliśmy do I ligi, to pieniądze były przez pierwsze pół roku. Do dziś nie dostałem reszty. Liczyliśmy, że coś się zmieni. Graliśmy dla klubu, naszego miasta. Na moje szczęście, zanim grałem w AZS-ie, występowałem w Superlidze i miałem oszczędności. Wtedy z nich żyłem.

Piłka ręczna jest niedoceniana nie tylko w Bydgoszczy. Denerwuje pana, że ciężko trenujący szczypiorniści zarabiają ułamek tego, co na przykład piłkarze?

- Mogę mieć tylko żal do siebie, bo przecież mogłem trenować piłkę nożną. Występowałem w szkolnych turniejach i były zakusy, żebym trafił do Zawiszy. Piłka nożna to też wymagający sport, ale zarobków nie ma co porównywać. Gdybym na tym poziomie, na jakim grałem w piłce ręcznej, występował w futbolu, to o emeryturę nie musiałbym się martwić. A tak, trzeba będzie normalnie iść do pracy.

Miał pan 20 lat, kiedy trafił do potentata, czternastokrotnego wówczas mistrza Polski Śląska Wrocław.

- Wypatrzył mnie trener Bogdan Kowalczyk, który prowadził wtedy reprezentację młodzieżową, w której grałem. Trenował też Śląsk i z jego powodu bałem się tam iść. To był straszny kat. Treningi po cztery godziny to była norma. Przestraszyłem się i trafiłem do Koszalina, który też grał w ekstraklasie. Po roku trafiłem do Wrocławia, ale trenera Kowalczyka już wtedy tam nie było.

Zespół objął Jerzy Klempel, najwybitniejszy w historii polski zawodnik.

- Tak, wielka postać. W wieku 20 lat trafiłem do niesamowitej drużyny. To byli najlepsi zawodnicy w kraju. W cztery lata zdobyłem cztery medale, to był wspaniały okres. Potem grałem sześć lat w VfL Fredenbeck, w drugiej Bundeslidze. To były czasy przed wejściem Polski do Unii Europejskiej i byliśmy traktowani jak zawodnicy zagraniczni. A w każdej drużynie mogło występować maksymalnie dwóch takich piłkarzy. Grałem na dobrym poziomie, wybierano mnie najlepszym bramkarzem 2. Bundesligi. Miałem propozycje, ale wszystko rozbijało się o brak paszportu. Kiedy Polska weszła do UE, a ja miałem dobrą propozycję ze Schwerina, to wróciliśmy do Polski.

Dlaczego?

- Ważniejsza była rodzina, dzieci szły do szkoły. Gdybyśmy zostali tam jeszcze kilka lat, to zmiana kraju byłaby dla dzieci problemem. To nie było łatwe do pogodzenia.

Przeskok z polskiej ligi do niemieckiej był duży?

- Wręcz szok. Nie było żadnych problemów - ze sprzętem, halą, dostępem do lekarza. Dwutysięczna hala była zawsze wypełniona po brzegi. Klub załatwiał mieszkanie, służbowe samochody, pieniądze zawsze na czas. A w Polsce zawodnicy zastanawiają się, czy nie zostaną wyrzuceni z mieszkania, bo klub dalej zalega.

Powrót do Polski był dobrą decyzją?

- Zdobyliśmy trzy medale, to było miłe. Ale z perspektywy lat widzę, że powinienem był zostać w Niemczech. Jestem rozczarowany tym, jak wygląda polska piłka ręczna. W Lubinie jeszcze było w porządku, ale potem to już był zjazd po równi pochyłej. W Polsce tylko cztery kluby płacą regularnie. Potem jest przepaść.

Pana kariera reprezentacyjna pozostawia niedosyt?

- Zdecydowanie. Mogło być lepiej, ale tak się nie stało. Wielokrotnie z mojej winy, ale nie zawsze. Nie pojechałem na zgrupowanie kadry, kiedy obejmował ją Bogdan Wenta, ale syn miał guza płuc. Zostałem w kraju, ale zagrałem w Pucharze Polski. Zaraz po meczu pojechałem na operację.

Czy w związku z tym, że zawodnicy, którzy odnosili sukcesy za Bogdana Wenty mają już swoje lata, sytuacja w polskim szczypiorniaku będzie coraz gorsza?

- Tak uważam. Chyba, że znowu paru młodych zawodników zbierze doświadczenie na Zachodzie. Trzon kadry Wenty to zawodnicy, którzy przez lata ciągnęli kadrę i kluby, swoje już osiągnęli. Zmienników nie widzę, ale życzę im jak najlepiej, bo mam w kadrze znajomych. Dla laika sytuacja w polskiej piłce ręcznej wygląda lepiej. W Polsacie Sport pokazywane są ładne hale, oczywiście tylko paru drużyn. Ale kibic nie wie, że zawodnicy, których ogląda, grają od wielu miesięcy za darmo.

Finał mistrzostw Polski z 2007 roku to najprzyjemniejszy moment kariery? Obronił pan rzuty karne i był bohaterem.

- Tak, ale mistrzostwo z 1997 roku nie było gorsze. Z medalem na szyi tańczyłem na parkiecie z Jurkiem Klempelem. Żałuję, że sukcesów nie osiągałem w takich halach jakie teraz są w Płocku, czy Kielcach. W Lubinie graliśmy w hali przy szkole, ludzie wisieli na drabinkach. Radość była, ale czegoś brakowało. Wtedy w Płocku grano w tzw. Blaszak Arenie. Pot się lał po ludziach, nagrzane jak w puszce. Teraz wygląda to inaczej.

Ma pan prawie 40 lat. Skąd siły na kolejne dwa lata kariery?

- Gdyby nie kolano, to powiedziałbym, że pogram 10 lat. Wbiegł we mnie przeciwnik, miałem zerwane więzadła, dwie operacje.

O 20 lat młodsi rywale rzucają w pana piłką lecącą z prędkością 100 km na godz. Dalej się panu chce?

- Niektórzy koledzy mają połamane nosy, pokruszone zęby. Przez wielokrotne przeprosty są problemy z łokciami. Doskwiera kręgosłup. Są takie momenty, że się nie chce, ale piłka ręczna to dla mnie dalej przyjemność. Człowiek pada, krwawi, ale gra się dalej. Tampony w nos i jedziemy. Teraz jest tak, że jeśli bramkarz się nie ruszy, a dostanie w nos, to zawodnik rzucający dostaje czerwoną kartkę. Im wyższy poziom, tym takich sytuacji jest mniej. Niżej, gdzie zawodnicy są silni, ale nie do końca kontrolują piłkę, jest bardziej niebezpiecznie.

Uderzanie na bramkę rakietą piłki tenisowej to już stały element treningu zawodowca?

- Tak, uderzamy prawie z całej siły. Jak się obroni małą, to potem uda się z dużą. Trening bramkarski jest bardzo wszechstronny. Jest masa ciekawych ćwiczeń. Tylko, że trzeba być sprawnym, żeby to robić, bo można się połamać.

Pana syn chodzi do tej samej szkoły w Bydgoszczy co pan i trenuje u tego samego trenera Andrzeja Kaczorowskiego. Także na bramce. To fajny pomysł na życie?

- Ciężka droga. Wziąłem syna na Zawiszę, żeby sprawdził się na bramce. Okazało się, że się nadaje, ale woli piłkę ręczną. Jeśli tak chce zarabiać na chleb, proszę bardzo.

Więcej o: