Sport.pl

Amerykańska siatkarka: na pożegnanie z Polską dostała pięć słoików dżemu

W Polsce tęskniłam za kilkoma prostymi rzeczami: pralką z suszarką, której program trwa godzinę, amerykańskimi płatkami do mleka i sklepem, w którym wiedziałam, co jest napisane na etykiecie, oraz za moim autem z automatyczną skrzynią biegów - mówi amerykańska siatkarka Rachael Adams


Pamiętasz Rachael Adams? Dyskutuj i dołącz do nas na Facebooku Sport.pl Bydgoszcz »

Pięć słoików z dżemem domowej roboty - to najbardziej niezwykły prezent, jaki przywiozła z Bydgoszczy do domu amerykańska siatkarka i blogerka Rachael Adams. Dziesięć miesięcy gry w bydgoskim Pałacu przyniosło jej także miejsce w reprezentacji USA oraz wyższy kontrakt z nowym klubem z Dąbrowy Górniczej. Rachael Adams była najlepszą siatkarką Pałacu i jedną z najlepszych zawodniczek w polskiej lidze. - To była bardzo dobra siatkarka i sympatyczna dziewczyna - mówi prezes Pałacu Waldemar Sagan - Odeszła z naszego klubu. Życzymy jej jak najlepiej - dodaje.

A jaka jest Polska wg Adams? To kraj błękitnego nieba, nowych autostrad, świeżych owoców kupowanych prosto na ulicy i pięknych krajobrazów - tak wygląda na zdjęciach, które można obejrzeć na jej blogu w specjalnej zakładce zatytułowanej "Poland". Blog "Życie w mieście, którego nazwy nie potrafię wymówić" sprawił, że Adams zyskała popularność i zdobyła wielu znajomych.

- Bydgo...sz...cz. Teraz to już umiem powiedzieć - pochwaliła się Adams już na koniec swego pobytu w naszym mieście, przed powrotem do domu w Cincinnatti - Ale są jeszcze inne bardzo trudne polskie słowa - dodaje z uśmiechem siatkarka. Od polskich przyjaciół dostała nawet specjalny słownik z wymową zwrotów najbardziej potrzebnych. Napisali je jej na kartce, które zabrała z sobą na wakacje do USA.

"Please say that again - prosheh to poftoozhitsh

Thank you - dzhehnkooyeh

Just a moment - hfeelehchkeh

I would like to order - htshahwbim zahmooveetsh

Good bye - do zobahchehnah"

- Tu się trzeba napracować, żeby powiedzieć "cześć" albo "chwileczkę", zamiast po prostu "hey" albo "moment". Te wszystkie h i sh... Chyba specjalnie je napisali, żebym sobie język połamała - śmieje się siatkarka.



Ciekawy kraj, choć zima sroga

Na Uniwersytecie Teksas w Austin Adams skończyła zarządzanie i reklamę, ale chciała dalej grać w siatkówkę. W Stanach nie ma siatkarskiej ligi zawodowej, więc żeby zarabiać na życie na boisku, musiała wyjechać do Europy. - Miałam oferty z Francji i ze Szwajcarii, ale to mój pierwszy taki długi wyjazd do Europy, więc stwierdziłam, że powinnam wybrać ciekawy kraj i przygodę - opowiada.

Zdecydowała się na Polskę. - Zaczęły się pytania. Czy znam trenera? Nie. Koleżanki? Nie. Wiem, gdzie jadę? Niezbyt. A czy chociaż umiem wymówić nazwę miasta? Niekoniecznie. Wtedy wychodziło mi jak Bydgo...zzz - opowiadała - Pokazałam na Google Maps wszystkim, dokąd jadę: środkowa Europa, nad morzem Bałtyk, między Niemcami a Rosją - dodaje Adams.

Czy studentka z Teksasu poznała przed wyjazdem jakieś stereotypy o Polsce?

- Żadnych, poza jednym, że zimy są tu bardzo surowe i muszę się na nie przygotować. Niestety, akurat to okazało się prawdą - mówi amerykańska siatkarka.

"Nie pamiętam, kiedy poprzednio miałam zimowe buty" - napisała więc na blogu, kiedy jesienią kupiła w jednym z bydgoskich sklepów ogromne śniegowce.

- Ale zawsze, kiedy było ciepło, uwielbiałam wyruszać na miasto, gubić się, próbować nowych rzeczy i zdobywać nowe doświadczenie - opowiada Adams. - To jest moja ulubiona część pobytu za granicą. Nie było dnia, w którym nie nauczyłabym się czegoś nowego albo zaobserwowała czegoś, co różni się od mojej kultury - dodaje. Kiedyś na blogu dziwiła się np., że ludzie zbierają owoce z jabłoni rosnącej niedaleko hali Łuczniczka, w Bydgoszczy, w której Adams grała i trenowała. "Wyglądają pysznie. Widziałam, jak inni wypełniali nimi całe siatki. Te jabłka są jadalne?" - pytała Rachael na blogu.

Jego czytelnicy od razu namówili siatkarkę do ich spróbowania.

"Pyszne. U mnie w domu nie ma drzew na ulicy, z których można jeść" - odpowiedziała im siatkarka. Poszła też do baru mlecznego, kiedy zasugerowano jej, że to, jeśli chodzi o jedzenie, kultowe miejsce w Polsce.

"Byłam, ale wolę jednak sushi" - skomentowała potem. W Polsce podoba jej się jednak prawie wszystko. - Kiedy to mówię, niektórzy są zaskoczeni. Drużyna i trener - świetni. Moje mieszkanie oraz klubowe obiekty - bardzo fajne. Wszystko, co dobrego o was słyszałam, teraz się po prostu sprawdza. O warzywach na targu pisała z entuzjazmem: "są fantastyczne, wszystko świeże i tanie". Dziwiła się za to, kiedy zobaczyła papier toaletowy z wiewiórką na opakowaniu ("u nas papier reklamuje się ze szczeniakami, z misiami; wiewiórka niezbyt kojarzy się z miękkością").



Wielką liczbę samochodów szkół jazdy na ulicach Bydgoszczy skomentowała: "w USA można taki wysyp zobaczyć raz na miesiąc. Ale ja i tak nie mogłabym tu jeździć. Dla mnie ruch uliczny w Polsce wygląda bardzo chaotycznie" - dodała Amerykanka, która nie zdołała się przyzwyczaić do dwukierunkowych dróg w naszym kraju. Różnic między polskimi a amerykańskimi obyczajami było wiele, np. rozpiska zajęć na siłowni. - Trochę mi zajęło, zanim zrozumiałam, jaki jest format zapisywania dat, inny niż u nas. A godziny typu 18 czy 20 zawsze muszę sobie przeliczyć na nasze zegary 12-godzinne. Na blogu niemal zawsze odpowiadała na komentarze. - Miłe było, że żaden negatywny głos nie był skierowany bezpośrednio w moją stronę. Ale ludzie kłócili się między sobą, często nawzajem się korygowali. Słyszałam, że słowne przepychanki w internecie to jakby polski sport. Ale ja sama parę razy narzekałam na pogodę, a to podobno też typowo polskie.

Największe zaskoczenie w Polsce? - pytamy Amerykankę.

- Cmentarze. Są tak pięknie udekorowane i zadbane, ciągle spotyka się ludzi, którzy z kwiatami odwiedzają swoich bliskich. Pierwszy raz, gdy to ujrzałam, to aż mnie zatkało. W Ameryce nie ma takiego zwyczaju - odpowiada.

Rachael przeżywa przygody

- Co jeszcze mnie zaskakiwało? Chyba że ludzie mi się przyglądali. Tak było szczególnie na początku. Zaczęłam tracić pewność siebie, bo nawet jadący samochodem patrzyli na mnie. Przyzwyczaiłam się w końcu - opowiada Adams, która wybrała życie w Polsce, bo chciała przeżywać przygody. Czasem bywały denerwujące - jak zdarzenie z kontrolą biletów w tramwaju. - Miałam go, ale nie wiedziałam, że ten mały bilet mam gdzieś skasować. Inni ludzie nie kasowali, więc pomyślałam, że może wystarczy go tylko kupić - mówi siatkarka. Kontroler nie dał wiary Amerykance. Musiała zapłacić mandat. - Bariera językowa sprawiała najwięcej trudności. Na początku biegałam jak kurczak z odciętą głową, kiedy trener tłumaczył ćwiczenia i wykrzykiwał różne rzeczy. Pomagały kochane dziewczyny z zespołu, które mi wszystko tłumaczyły. Teraz mam pewne pojęcie na temat języka, znam kluczowe słowa i wiem, jak zinterpretować pewne gesty i znam więcej sposobów, aby dać sobie radę - wyjaśnia Rachael.

W sklepie nieocenioną pomocą była samoobsługowa kasa z komunikatami po angielsku. Znalazła taką w Tesco i tam chodziła na zakupy. Nie miała na szczęście daleko od domu.



- Kocham to urządzenie. Kiedy stawałam do normalnej kasy, kasjerka zadawała mi pytania, a ja tylko potrafiłam podać jej pieniądze. Automatyczna głośno mówi po angielsku. Ludzie zwracają na mnie uwagę, ale to już mi nie przeszkadza. Czasem, kiedy pod ręką nie było koleżanek z drużyny ani kasy w Tesco, pomocą służył jej macbook i Google Translate. Tak było, kiedy pewnego poranka do jej mieszkania w Bydgoszczy zapukał policjant.

- Chyba była wtedy 10.30, kiedy na wpół śpiąca usłyszałam dzwonek do drzwi. Podeszłam i przez wizjer zobaczyłam jakąś postać - zaczyna opowieść o tej przygodzie z Polską amerykańska siatkarka. Zamierzała wtedy pospać sobie dłużej i wstać, kiedy będzie jej się chciało, bo trening był po południu. Gdy zajrzała przez wizjer, zobaczyła policję.

"Co zrobiłam? Może mnie nagrali, jak źle przeszłam przez ulicę?" - opisywała na blogu swe ówczesne rozterki - "I czy to aby prawdziwi policjanci? A może chcą mnie porwać? - jak w filmie z Liamem Neesonem, w którym szuka on córki porwanej przez łowców żywym towarem". W Polsce grano go pod tytułem "Uprowadzona". I żeby nie było pomyłki - dowcipna Adams na blogu dodała link z trailerem do tego filmu i skomentowała go z przymrużeniem oka: "Ok. Rach, oglądałaś za dużo filmów i myślisz, że każdy jest seryjnym mordercą. O Boże, niech to będzie prawdziwa policja". Kiedy otworzyła drzwi, policjant okazał się oczywiście prawdziwy. Przyszedł na wywiad środowiskowy, bo Rachael, jako Amerykanka i zawodowa siatkarka, starała się o prawo stałego pobytu w Polsce. Kłopot w tym, że funkcjonariusz znał angielski mniej więcej tak samo, jak Adams mówiła po polsku. Od czego jednak jest Google Translate. Usiedli w kuchni przy stole, amerykańska siatkarka włączyła komputer i padła seria policyjnych pytań tłumaczona przez Google'a: - Od jakiego czasu jest pani w Polsce? - Na jak długo pani zostaje w Polsce? - Od kogo wynajmuje pani mieszkanie? Adams: - Miłe to było spotkanie. A na koniec policjant jeszcze mi powiedział, że interesował się kiedyś siatkówką i chodził na mecze. Kulturowe i językowe pułapki czekały na nią na każdym kroku. Czasem nawet tak zabawne jak składanie życzeń i pożegnania. - Chodzi o liczbę pocałunków w policzek. Żegnałam się z trenerem na oczach całej drużyny i wiedziałam, że znowu będzie ten sam problem. Skierowałam się w złą stronę, potem myślałam, że będą dwa pocałunki, a były trzy. Nigdy nie potrafię tego rozgryźć. W dodatku wszyscy patrzą, to jak tortura. Pytałam nawet, czy nie wystarczy, że się uściskamy, będzie prościej.

Z uśmiechem wspomina swoje bardzo przyziemne problemy jak ten z wyciąganiem papierowych serwetek postawionych na stole. - Czy tylko ja mam ten kłopot? Zawsze wyciągałam złą i psułam, bo wszystkie serwetki lądowały na blacie. Koleżanki pytały wtedy: Rachael, serio, znowu? W Stanach wszystkie leżą i bierzesz tę z góry. Ale trzeba przyznać, że polski sposób jest ładniejszy. W Polsce tęskniłam za kilkoma prostymi rzeczami: pralką z suszarką, której program trwa godzinę, amerykańskimi płatkami do mleka i sklepem, w którym wiedziałam, co jest napisane na etykiecie produktu, oraz za moim autem z automatyczną skrzynią biegów - opowiada siatkarka z Cincinnatti. - I ciągle przez te kilka miesięcy brakowało mi luźnego stylu ubierania Amerykanów. W Polsce zawsze byłam jedyną osobą, która ma na sobie dresy i luźną koszulkę. Nie wyglądasz zjawiskowo, ale czujesz się świetnie. W Ameryce ludzie noszą, co chcą, ważne, żeby było wygodnie. Dresy, bluza sportowa albo coś, co wygląda, jakby było dopiero wyciągnięte z łóżka. Fajnie jest wyglądać, jak się wygląda, i się nie przejmować - dodaje.

Blog prosto z Dąbrowy

Adams pozdrawiała już na swym blogu kibiców swego nowego klubu z Dąbrowy Górniczej. Oni także już zdążyli się przywitać ze swoją nową zawodniczką, oczywiście na jej blogu. Jeden z nich pouczył ją bowiem od razu po podpisaniu kontraktu, że: "Dąbrowa Górnicza to nie jest Śląsk. To jest Zagłębie. Leży w bardzo interesującym regionie Polski. Są tam cztery piękne jeziora i mnóstwo lasów. Niedaleko jest wiele pięknych pałaców i jedyna w Europie mała pustynia: Błędowska. Z Dąbrowy do Krakowa (historycznej stolicy Polski) jest 60 km".

Ale drugi z komentatorów skontrował od razu:" Tak, tak... Zagłębie. Nie bądź zabawny i nie wprowadzaj jej w błąd. Ona nie znajdzie Zagłębia na żadnej mapie. To Śląsk".

W Bydgoszczy zobaczymy Adams dopiero 30 listopada. Wtedy jej nowy zespół, Tauron Dąbrowa Górnicza, przyjedzie do hali Łuczniczka na mecz z Pałacem.

Więcej o: