Sport.pl

Niesamowity życiorys człowieka, który zbudował Wisłę Fordon

- Mój pierwszy mecz? To musiał być 1938 rok, miałem 7 lat. Nie mieliśmy siatek na bramkach. Stanąłem za bramkarzem i dostałem piłką w brzuch. Padłem jak sznyta - opowiada Czesław Rzadkosz, który to spotkanie z futbolem przeżył w Fordonie. Po wojnie był prezesem klubu Wisła Fordon, który właśnie został reaktywowany
Obserwuj autora na twitterze @R_Jaskot

Czesław Rzadkosz ma 83 lata. Całe swoje życie, z kilkoma latami przerwy na stalinowskie więzienie, związał z Fordonem, nadwiślańskim miasteczkiem, które w 1973 roku stało się częścią Bydgoszczy.

Zobacz także: Wisła Fordon wraca na boisko. Reaktywacja klubu



Remigiusz Jaskot: Od pańskiego mieszkania w Starym Fordonie do dawnego stadionu Wisły przy Sielskiej jest rzut kamieniem. Urodził się pan tutaj i rzadko wyjeżdżał.

Czesław Rzadkosz: Tylko, jak mnie zmuszały okoliczności: wojna i UB. Pierwszy raz we wrześnu 1939 roku uciekaliśmy z rodziną przed Niemcami na wschód. Kapitulacja zastała nas w piwnicy słynnego Prudentialu w Warszawie. Pierwszym statkiem wróciliśmy Wisłą do Fordonu.

A było do czego wracać?

- Nie bardzo. W naszym domu siedziała niemiecka ochrona mostu. Wysiedlono nas i tak trafiliśmy na Podhale, gdzie są korzenie mojej rodziny. Mieszkaliśmy w Poroninie. Gestapowcy przyszli po ojca, który był w AK. Powiedzieli, że ma się pożegnać z rodziną. Zaczęły się płacze, krzyki. Musiał je usłyszeć inny AK-owiec, który siedział już w samochodzie. Wyważył drzwi i wyrwał do lasu. Pilnujący go gestapowiec wbiegł do naszego domu i wszyscy zaczęli go gonić. Nie dali rady, bo jak ten góral znalazł się w lesie, to nie było szans, żeby go znaleźć. Wrócili do nas, a ojca już nie było. Zapytali matkę o niego i usłyszeli: "Panowie poszliście, to mąż też poszedł. A potem wysłałam po niego starszego syna". W 1945 roku wróciliśmy do Fordonu. W domu zamiast Niemców byli Rosjanie. Też tacy, którzy odpowiadali za most. W domu zostały tylko gołe ściany. Wszystkie sprzęty ukradziono lub zniszczono.

Niedługo pan podobno pobył z rodziną.

Po małej maturze w obecnym I LO, we wrześniu 1949 roku poszedłem do technikum cukierniczego. Miałem tam chodzić przez rok, ale w grudniu wszystko się skończyło. Zostałem aresztowany za udział w Organizacji Broniącej Wolności i Wiary. Było nas siedmiu, wszyscy z Fordonu. Działaliśmy propagandowo, drukowaliśmy ulotki. Byliśmy źle nastawieni do Polski Ludowej

Dostał pan sześć lat więzienia za ulotki?

- Zarzuty były inne: próba obalenia ustroju, ale tak wychodzi.

Jak doszło do wpadki?

- Nie wiem. Mam tylko swoje podejrzenia. W śledztwie już szybko poszło. Co kogoś wzięli w obróbkę, to mieli namiary na następnego. Byli tacy, którzy nie byli w organizacji, a w śledztwie się do tego przyznali. "Przeprowadziłem się" na Chodkiewicza, do piwnicy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa. Drzwi się zamknęły i do zakończenia śledztwa w niej siedziałem. Przesłuchania były tylko w nocy. Gdy administracja wychodziła, zaczynali nas wzywać. Godzina, dwie godziny młócki, potem do celi i po czterech godzinach znowu.

Podejrzewam, że pana proces był farsą.

- Szliśmy z aresztu Wałami Jagiellońskimi, Bernardyńską i Jagiellońską, pod arkady. Tam gdzie jest Savoy, był sąd wojskowy. Proces trwał trzy dni. Ja w areszcie miałem na sobie bluzę Wehrmachtu. Chciano mnie upokorzyć, jako jakiś element pogermański. Dostaliśmy wyroki od sześciu do 10 lat. Teraz żyje nas czterech, ale z pozostałymi raczej pan się już nie dogada. Pamiętam, jak naszą siódemkę przywieziono na Wały Jagiellońskie. Ustawiono nas na korytarzu. Czekam, do której celi trafię, odwracam się, a tam tabliczka "Cela śmierci". Przeszedł mi dreszcz po plecach, ale myślę, że chyba takiej kary nie dostanę. No bo za co? Ale trafiłem do tej celi, bo w innych nie było miejsca.

Z kim pan siedział?

- Pamiętam wszystkich, ale najbardziej zaprzyjaźniłem się z Michałem Gujdą. Policjant, który w czasie okupacji współpracował z AK. Dużo mi o sobie opowiedział. Pewnego dnia przyszli po niego. Wszyscy wiedzieliśmy, że dla niego to już koniec. Zapewniłem go, że jak wyjdę, to zrobię w jego sprawie wszystko, co będę mógł. Dopiero w 1990 roku udało mi się przyspieszyć sprawę. Gujda miał córki, które po wyjściu za mąż zmieniły nazwiska, więc były duże problemy z ich odnalezieniem. Rodzina nie wiedziała, że ojciec został rozstrzelany w więzieniu. Udało mi się do nich dotrzeć po ponad 50 latach. Opowiedziałem im o ich ojcu. Wypełniłem jego wolę. Potem znalazłem też jego grób, ma teraz swoją tabliczkę.

Gdzie pan trafił po wyroku?

- Koronowo, potem półtora roku w kamieniołomach w Piechcinie. Jak nie wyrobiliśmy normy, to apel na deszczu trwał godzinami. Z Piechcina trafiłem do szpitala w Grudziądzu. Potem do Potulic i Jelcza koło Oławy. Tam pracowałem w wojskowych zakładach samochodowych. W grudniu wyszedłem. Radość była krótka. Szybko mnie powołali do wojska i w lutym byłem w batalionach górniczych.

Tam wysyłano element politycznie wrogi.

- Czyli idealne miejsce dla takich jak ja. Spędziłem tam 26 miesięcy, w tym trzy miesiące w szpitalu, gdy był zawał w kopalni. Pracowałem na kolanach, przy ścianie, która miała 110 cm wysokości. Wypuszczono mnie w kwietniu 1956 roku.

O pasji piłkarskiej pan mimo tych przeżyć nie zapomniał?

- Poszedłem do technikum budowlanego, potem na studia. A w sporcie w Fordonie był marazm. Wisła przekształcała się razem z Unią Fordon, klubem papierni. Galimatias. A mnie do piłki zawsze ciągnęło i wziąłem się za to. Zostałem prezesem Wisły. Wybudowaliśmy stadion, potem pawilon klubowy. W tym samym czasie w Fordonie stawiano elewatory zbożowe. Zatrudniłem stamtąd kierownika budowy i robotników. Na to mieliśmy pieniądze. Materiałami już nie musiałem się martwić. Tym zajął się kierownik. Takie czasy, budowało się tzw. systemem gospodarczym. W 1973 roku zespół awansował do ligi okręgowej, to była trzecia klasa rozgrywkowa w Polsce.

W drużynie występowali tylko fordoniacy, którzy grali amatorsko?

- Tak. Nawet, gdy awansowaliśmy do okręgówki, która była trzecią najwyższą ligą, w zespole grali piłkarze z okolicy. Fordon miał tylko kilka tysięcy mieszkańców. Stadion to było serce miasta. Nic innego tu się nie działo. W niedziele o 15.00, po mszy i po obiedzie, na mecze chodziło wielu fordoniaków. Trybun nie było. Kibice rozkładali koce na trawie. Rozstawiały się kioski z lizakami i lemoniadą.

Czy to prawda, że gry na boisku Wisły Fordon odmówił Zbigniew Boniek?

- Do mnie tego osobiście nie powiedział, ale podobno tak było. Boniek był wtedy dzieciakiem. Chodziło mu o boczne boisko. Wtedy wyglądało jak Sahara. Kurzyło się okropnie. Gdy zawodnicy schodzili z boiska, to trudno było powiedzieć, kto jest kto.

Wybudował pan stadion, doprowadził klub do historycznego sukcesu, III ligi. Dlaczego pan zrezygnował?

- W 1973 roku, po wybudowaniu klubowego budynku chcieliśmy uroczyście otworzyć stadion. Wtedy jeszcze Fordon był samodzielnym miastem. W magistracie ludzie, których nie widziałem na boisku, zaczęli organizować społeczny komitet budowy. Byłem prezesem, zajmowałem się budową, a o niczym takim nie słyszałem. Zacząłem pytać kto jest w tym komitecie i kto ma dostać jakieś odznaczenia. Okazało się, że z zarządu klubu nikt. Nie chodziło mi o mnie, bo przecież jako karany byłem od razu wykluczony i nie mogłem na nic liczyć. Ale wielu fordoniaków spędziło mnóstwo godzin pracując jak woły.

Na spotkaniu w fordońskim ratuszu zacząłem pytać o ten komitet i sprawa się rypła. Myślałem, że ten magistrat rozniosę. Krzyczałem, że jedni ludzie harowali, a po ordery zgłaszają się inni. Obok mnie siedział lekarz Brzozowski i trzymał mnie za rękę. Na sesji ostatecznie przegłosowano, że żadnego komitetu nie będzie.

To dlaczego pan zrezygnował?

- Złożyło się kilka spraw. Ale ta sytuacja mną wstrząsnęła. Powiedziałem, że rezygnuję. Znaleziono nowego kandydata na prezesa, ja miałem być jego zastępcą. Na zebraniu w klubie namawiali mnie godzinami. Siedzieliśmy do północy i w końcu stwierdziłem, że ile można. Zgodziłem się, przyszedłem do domu, usiadłem przy biurku i napisałem pismo z rezygnacją. Rano poszedłem na pocztę i wysłałem list.

Zobacz także: Archiwalne zdjęcia Wisły Fordon



Od tego momentu w Wiśle zaczęło być coraz gorzej. Może popełnił pan błąd?

- Nie wytrzymywałem nerwowo. Czułem, że jestem pod presją. Był też pewien anonim. Widocznie komuś nie podobało się, że tak dużo się działo w Wiśle. Jak się dowiedziałem, napisano, że jak to możliwe, że kryminalista zajmuje się socjalistyczną młodzieżą. Miałem za sobą różne przeżycia. To się nakładało.

Po pana odejściu klub zaczął podupadać.

- Ci, którzy przyszli po mnie klubowe pieniądze przeznaczyli na tzw. przelewy. Czyli je przepili. Opracowane przez architektów projekty dalszej rozbudowy stadionu skończył w klubowej kotłowni. Patrzyłem jak stadion niszczał. Stopniowo znikał płot. A każda betonowa płyta przechodziła przez moje ręce trzy razy - na stacji Bydgoszcz - Wschód razem z innymi je ładowałem, przy stadionie zdejmowałem z pociągu, a potem budowałem. Wszystko robiliśmy w czynie społecznym. A potem te płyty kończyły na podwórzach kilku mieszkańców Fordonu.

W latach 90. zaproponowałem reaktywację Wisły. Doszło nawet do spotkania z wojskowymi, którzy zarządzali Zawiszą, do którego należał stadion. Oficerów przyszło tylu, że aż mi pociemniało w oczach. Wyłożyliśmy swoje racje i były szanse, żeby boisko odzyskał Fordon. Ale najwyraźniej ktoś z góry się nie zgodził. W 2008 roku stwierdziłem, że temat Wisły jest już zamknięty i wszystkie dokumenty oddałem do Archiwum Państwowego.

Niedawno zgłosili się pana młodzi ludzie, którzy chcą reaktywować Wisłę. Jak pan zareagował?

- Byłem zbudowany, że są ludzie, którzy chcą coś zmienić. Oby im się udało. Z inicjatorem reaktywacji, Bartoszem Traczykowskim rozmawiałem kilka razy. Na razie głównie chodzi po urzędach. Spotkałem się z młodymi piłkarzami, to zapaleńcy. Niech działają. Trzymam za nich kciuki. Najważniejszą sprawą jest stadion. Wisła musi grać przy Sielskiej. Oby się udało.

Przyjdzie pan zobaczyć Wisłę Fordon na boisku?

- Jeśli tylko będę mógł przebierać nogami, to pójdę. Do boiska mam przecież niedaleko. Zawsze miałem.

Zobacz także: Wisła Fordon wraca na boisko. Reaktywacja klubu



Komentarze (5)
Niesamowity życiorys człowieka, który zbudował Wisłę Fordon
Zaloguj się
  • nixodus

    Oceniono 16 razy 16

    Szacunek dla Fordoniaka i życzę powodzenia młodym.

  • rafo34

    Oceniono 7 razy 3

    p.Czesław może nazywać WISŁE że to jest jego dziecko, a nasz " WIELKI CZŁOWIEK " co stworzył przejął KLUB za pieniądze miasta, a teraz nazywa ZAWISZĘ że to jest jego dziecko "śmiech"

  • Ryszard Grobelny

    0

    Ale to musi być piękne uczucie, kiedy coś co się budowało, znów powraca do gry! życzę powodzenia Panu Czesławowi!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX