Paweł Wojciechowski dedykuje swoje srebro babci

- To medal dla babci, która zmaga się z chorobą. Pokazałem jej, że można wyjść zwycięsko z takiej walki. - mówi wicemistrz Europy w skoku o tyczce Paweł Wojciechowski. Bydgoski sportowiec wygrał bitwę z kontuzjami.
W sobotę, na legendarnym dla lekkoatletów stadionie w Zurychu, zawodnik Zawiszy skoczył 5,70. Tyle wystarczyło, żeby zdobyć srebrny medal mistrzostw Europy. W 2011 roku w Daegu Wojciechowski był już mistrzem świata. Wtedy znajdował się na początku kariery. Początek jak marzenie dla 21-letniego sportowca. Później jednak rozpoczęła się jego droga przez mękę kontuzji i zwątpienie w powrót na sportowy szczyt.

Dlatego trudno było chyba znaleźć wśród medalistów bardziej uradowanego sportowca. Kiedy okazało się, że srebro jest już pewne, Wojciechowski biegał i skakał owinięty w biało-czerwoną flagę. Uśmiechał się do siebie i kolegów, machał do kibiców na trybunach.

- Podobno już się mówi o tym moim starcie, że odrodziłem się jak feniks z popiołów. To określenie oznacza wieczne odradzanie się, ale niech się ono już dla mnie tutaj w Zurychu zakończy. Nie chcę znowu znikać ze sportu i to na tak długo, jak mi się zdarzyło po Daegu. Ile razy się można odradzać? Ten raz wystarczy - mówi Wojciechowski, wspominając długi czas, kiedy nie tylko nie mógł startować, ale także trenować.

Przerwa rozpoczęła się po nieudanych dla niego igrzyskach olimpijskich w Londynie, kiedy jako mistrz świata nie zdołał w eliminacjach pokonać żadnej wysokości. Później od września 2012 roku, przez niemal półtora roku, nie stanął na starcie żadnych zawodów.

Walczył z kontuzjami: przeciążeniowym urazem kolana, złamaną kością jarzmową i uszkodzoną dłonią. - Przecież ja teraz trenuję właściwie od dziesięciu miesięcy - przypomina Wojciechowski, który wrócił do swego pierwszego trenera Romana Dakiniewicza. 75-letni wychowawca kilku pokoleń tyczkarzy Zawiszy doprowadził Wojciechowskiego znowu na podium. - Dziękuję panu trenerowi za wszystko. A tu w Zurychu kazał mi skakać wszystkie wysokości w pierwszych próbach. Musiałem go wysłuchać - mówił z uśmiechem lekkoatleta o taktyce na finałowy konkurs ME. Sprawdziła się. Bezkonkurencyjny był Francuz Renaud Lavillenie, który przecież pobił już absolutny rekord świata Siergieja Bubki. Apetyt na srebro i brąz miało kilku zawodników, więc było pewne, że będzie się liczyła jak najmniejsza liczba prób. Wojciechowski skoczył za pierwszym razem 5,50; 5.65 i potem 5,70. To zdecydowało, że wyprzedził na końcu Czecha Jana Kudlickę i Francuza Kevina Menaldo.

Bydgoski lekkoatleta był skoncentrowany i pewny siebie. Pomagał mu w przygotowaniach psycholog z UKW, dr Zdzisław Sybilski. - Poznałem go na uczelni. Pomyślałem, że dobrze by było uderzyć właśnie w tym kierunku i, jak się okazało, opłaciło się. Niesamowicie mi pomógł. Stąd też całkowicie inne nastawienie do sportu. Jest mi o wiele łatwiej. Głowa jest uwolniona. Znowu mam głód skakania, czerpię przyjemność z tego, co robię. Teraz może być tylko lepiej - przyznał Wojciechowski. W Zurychu dopingowała go również myśl o babci. - Zmaga się z chorobą. Pokazałem jej, że można wyjść zwycięsko.

Bydgoski sportowiec wyznaczył sobie już kolejne cele: Chcę być jeszcze przynajmniej raz najlepszy na świecie i skoczyć 6 metrów.

Szansę na to ma za rok - podczas mistrzostw świata w Pekinie.