Sport.pl

Bez niego Paweł Wojciechowski nie skoczyłby 5,70 w Zurychu

Pokazuję odległość na dłoni między wskazującym a nadgarstkiem i mówię: ?Masz do pokonania drogę stąd - dotąd. Ja pomogę ci tyle, o, co ten brud za paznokciem. Resztę zrobisz sam?. I czasem to wystarczy, by skoczyć 5,70 w Zurychu.
Aleksandra Lewińska: Paweł Wojciechowski powiedział, że nie zdobyłby medalu w Zurychu, gdyby nie pan.

Zdzisław Sybilski*: Zawodnicy to bardzo silni ludzie. Wystarczyły mu dwie czy trzy wizyty.

Odblokował go pan psychicznie?

- Odblokował? Paweł nie był zablokowany. To zawodowiec.

To co się działo? Nie miał motywacji, zabrakło mu systematyczności, pracowitości?

- Gdyby miał którąkolwiek z tych cech, nie odniósłby sukcesu. A on stawił się przecież u mnie długo po tym, jak już zdobył złoto. Miał jeden problem: chwilowo przestał wierzyć, że osiągnie sukces. A brak wiary zabija w nas każde działanie.

Podobnie jak nadmiar stresu.

- I właśnie z powodu stresu najczęściej trafiają do mnie pacjenci. Nie tylko sportowcy, ale też biznesmeni.

Kładzie ich pan na kozetkę i...

-... i zaraz pani powie, że pytam o dzieciństwo? Bzdura! Postęp psychologii mierzy dziś się tym, jak daleko odeszła od psychoanalizy. Nie interesuje mnie przeszłość moich pacjentów. A jeśli już, to tylko po to, by móc im powiedzieć: "A teraz przestań się nią zamartwiać. Wszystko, co przeżyłeś, jest twoim sukcesem. Po to się wydarzyło, byś wyciągnął wnioski". Dzieciństwo Wojciechowskiego mnie nie interesuje. Interesuje mnie, by zdobył medal w Zurychu. Córka alkoholika nie musi mieć syndromu dziecka alkoholika. Wnikanie, z czego co wynika, co na co wpłynęło, nie ma większego sensu. Bo przecież rozumem, nie jesteśmy w stanie opanować emocji. Wszystkie powstają w układzie limbicznym. Wciąż wielu zakłada, że kora mózgowa może uspokoić układ limbiczny. To błąd. Połączenia idą w jedną stronę. To jednokierunkowa autostrada, prowadząca emocje do tej części mózgu, która rozumuje. Dlatego uczucia wpływają na myśli. Ale drogi powrotnej nie ma. Psychologia zna jednak metody, żeby do tego układu limbicznego dotrzeć, powiedzieć mu: jest fajnie. I on posłucha.

To po kolei. Przychodzi do pana zestresowany pacjent. Co mu pan proponuje?

- To najpierw ustalmy, jak ten stres działa. Mówi o tym tzw. hydrauliczna teoria stresu. Początkowo stres wywołuje m.in. napięcie mięśni, przyspieszony oddech, szybsze bicie serca. W organizmie wytwarza się kortyzol i testosteron. To jak mechanizm turbo w samochodzie. Trzeba włączyć, żeby jechać szybko. Ale włączać i się nie ścigać - nie ma sensu. I tak jest ze stresem w codziennym życiu. Kortyzol wybucha, a my nic z nim nie robimy. Rano stres, bo stoję w korku i spóźnię się do pracy, potem stres na zebraniu, potem znowu na ostatnią chwilę do przedszkola i kolejny stres. Kortyzol się kumuluje, my nie odreagowujemy. I zamiast motywacji mamy inne skutki: zmęczenie psychofizyczne, niepokój, lęk, strach przed działaniem, obniżenie zdolności układu immunologicznego, płciowego, pokarmowego. Kortyzol znika z organizmu częściowo dopiero podczas snu. Jednak gdy jest go dużo, noc nie wystarczy. Ale współczesna psychologia umie pomóc zniwelować poziom kortyzolu, w sposób zbliżony do naturalnego, za pomocą deprywacji sensorycznej.

Czyli?

- Poprzez ograniczenie bodźców wpływających na zmysły. Służą temu kabiny deprywacyjne. Pacjent zamknięty w kabinie nie odczuwa grawitacji, unosi się na powierzchni słonej wody. Rozluźnia wszystkie mięśnie, nie ma bodźców słuchowych, wzrokowych. Po 40-minutowym seansie poziom kortyzolu obniża się tak, jak podczas 4-6-godzinnego snu. Z kabiny korzysta wielu sportowców, m.in. siatkarze Michał Winiarski i Dawid Konarski, trener Piotr Makowski czy Stephane Antiga. Paweł Wojciechowski też. Koszykarka Agnieszka Szott-Hejmej zaczęła do nas przychodzić w Bydgoszczy. Sceptycy nie dowierzali, że kabina jej pomaga, kpili, że przychodzi, bo mnie lubi. Gdy Wisła zaproponowała jej lepsze warunki, przeprowadziła się, ale z kabiny wciąż korzysta, tyle że w Krakowie.

To takie proste? Kabina uwolni od kortyzolu i już po stresie? Po co psycholog, skoro wystarczy dobre spa?

- To tylko element terapii. Stres dzielimy na eustres i dystres. Pierwszy motywuje, drugi wręcz przeciwnie. Leczenie wspomagam foto- i chromoterapią, treningiem umiejętności psychologicznych. Jeśli naświetlę panią czerwonym światłem, spotęguję dystres. Jeśli zielonym - eustres. Ale mogę też zrelaksować, niemal uśpić. Człowiek naświetlany bardzo silnym niebieskim światłem po 10 minutach się uspokaja. Badania na temat oddziaływania barw na stres prowadzi się jednak na politechnikach, nie w instytutach psychologii. Potwierdzają je m.in. badacze z politechnik chińskich, japońskich, australijskich, amerykańskich w NASA.

Na uniwersytetach wykładowcy psychologii takich terapii nie uczą.

- Ja swoich studentów uczę. Przecież najważniejsze to nieść pomoc. A to metody skuteczne, co potwierdzają badania i doświadczenie.

W gabinecie ma pan też wariograf. Po co?

- To biofeedback. Aparat do mierzenia zmian fizycznych z obwodu ciała, najczęściej spowodowanych emocjami.

Czyli wariograf.

- Taka nazwa się przyjęła.

Kto z niego korzysta?

- Najczęściej mężowie przyprowadzają żony. Zdarzają się przedziwne sytuacje. Np. emeryt, który każe pytać partnerkę, czy 27 lat temu w Funce całowała się z tym Stefanem podczas spaceru, czy nie.

Tacy klienci to jeszcze terapia czy już biznes?

- Staram się te sytuacje wykorzystywać do tego, by pomagać tym ludziom, uzdrawiać relacje.

W terapii korzysta pan z tego urządzenia w celach....

- Diagnostycznych. Sprawdzam reakcje emocjonalne na różne bodźce. Nie ufam kwestionariuszom psychologicznym. Każdy jest pani w stanie wypełnić tak, jakby chciała pani widzieć siebie albo chciała, bym ja ją widział. Wolę sprawdzić, jak pani oddycha i jak reaguje pani serce. Wtedy wiem, co się w pani dzieje.

Jak wygląda taka diagnoza?

- Zakładam pas oddechowy, fotopletyzmograf, czyli czujnik pulsu na palec. To część wariografu, która bada akcję serca. Zadaję proste pytania: jak ma na imię żona, jak ma na imię ta kobieta, o której żona nie powinna wiedzieć? I widzę, co wywołuje emocje, co powoduje stres. To forma wstępnej diagnozy. Jeśli widzę, że coś wywołuje gwałtowne reakcje, oczywiście dopytuję i wtedy pacjent ma szansę, by odreagować. Rośnie jego świadomość tego, co się dzieje z ciałem. To pozwala nauczyć się panować nad emocjami.

Te metody są uznawane przez środowisko?

- Koledzy po fachu ich nie kwestionują, raczej uważają, że ich metody są równie skuteczne. Niektórzy atakują, że kabina deprywacyjna to pierwszy krok, by wylądować w szpitalu psychiatrycznym.

Bo...

- W latach 50. były takie problemy. Pacjenci mieli halucynacje, przywidzenia. Ale korzystali z podobnych kabin inaczej niż my dziś. Jeśli lekarz zapisuje receptę i pacjent przychodzi do domu z wielkim opakowaniem leków, też przyjmuje się, że nie weźmie wszystkiego od razu.

Stosuje pan też hipnozę.

- To skuteczna metoda, by zresetować układ, potraktować, jakby był zainfekowany wirusem. Trzech na 10 pacjentów wchodzi w stan somnambuliczny głęboki. Wtedy podaję pozytywne sugestie, takie, które mają ukoić skołatane nerwy, rozluźnić napięte mięśnie.

Jakie?

- Na przykład: "Ola, wszystko będzie dobrze", "bądź spokojna, rozwiążesz ten problem", "jak się obudzisz o drugiej w nocy i nie będziesz mogła zasnąć, to zaczniesz liczyć od 300 w dół i zaśniesz spokojnie". Albo: "Ola, musisz zmienić numer telefonu, żeby ten facet już cię nie nękał. Zrobisz to jutro około 14".

I to działa?

- A co ma działać lepiej? Rozmowa o spapranym dzieciństwie? Zbyt wiele trafia do mnie "spadów" od innych lekarzy, zbyt wiele razy słyszałem od pacjentów: "Tylko niech mi pan nie mówi, że moje dzieciństwo nie było najlepsze. Nie było. I co z tego?", by wierzyć w kozetkę. Czy na wszystkich działa? A wszyscy mamy tarczycę, nadnercza, szyszynkę?

Każdy na hipnozę się godzi?

- Ja proponuję jakiś model leczenia, stosuję metody behawioralno-kognitywistyczne. Robimy sesję czy dwie. Potem pacjent sam decyduje: jeśli widzi efekty, kontynuujemy. Łatwiej hipnozie poddają się osoby pewne siebie, o niskim poczuciu lęku.

Jak namawia pan na hipnozę sceptyka?

- Przekonuję o potędze umysłu. Biorę np. kroplę krwi do badania. Potem przez pięć minut opowiadam, jak pacjentowi jest słodko, co słodkiego je. I znów badam krew. I okazuje się, że glukozy od groma! Nasz umysł naprawdę jest potężny. I wpływa na ciało. Wiele możemy zdziałać sugestią. Zróbmy mały test: proszę zamknąć usta. A teraz zaktywizować wszystkie mięśnie, które pracują podczas radosnego uśmiechania się. Po chwili zrobi się pani weselej. Układ limbiczny dostaje sygnał: jest dobrze, jest powód do radości.

Fałszywy śmiech, uśmiech "na siłę" może być terapią?

- Stymulowanie wydzielania endorfin, serotoniny to naturalne opiaty. Zróbmy jeszcze jeden test: proszę wyobrazić sobie cytrynę. Kwaśną. A teraz przekrojoną na pół. Proszę ją polizać. A teraz proszę język wygiąć w górę podniebienia. I już ma pani ślinę w buzi, prawda? Jeśli durny układ pokarmowy można uwarunkować, to czy nie mogę uwarunkować wybuchu endorfin, spotęgować wybuch testosteronu w jakimś momencie, dzięki sugestiom podczas hipnozy? Uwarunkowałem w pani reakcję na cytrynę, dlaczego nie miałbym sprawić, żeby było fajnie?

To wszystko brzmi trochę szarlatańsko. Jakby człowiek był w zasadzie bezwolnym, łatwo sterowalnym organizmem.

- Wszyscy jesteśmy chodzącą biochemią! A nauka daje potężne możliwości. Dziś za pomocą urządzeń jesteśmy w stanie przewidzieć, co pani zrobi czy powie za 10 sekund. Ale to nie jest tak, że psycholog zrobi coś za pacjenta. Sportowcom, którzy do mnie trafiają, pokazuję dłoń i odległość między wskazującym a nadgarstkiem i mówię: "Masz do pokonania drogę stąd - dotąd. Ja pomogę ci tyle, o, co ten brud za paznokciem. Resztę zrobisz sam". I czasem to wystarczy, by skoczyć 5,70 w Zurychu.

Zawsze się udaje?

- Czasem przychodzi cała drużyna: siódmy mecz z rzędu przegraliśmy, pomóż. Wtedy bywa, że przegrywam drogą whisky, o którą zakładam się z trenerem (śmiech ). Ale wiele cudownych rzeczy się w moim gabinecie dzieje. Dzięki temu dobrze zarabiam. Z hipnozą wiąże się też moja największa życiowa przyjemność. Byłem krótko po studiach. Pracowałem w Instytucie Matki i Dziecka w Rabce. Wprowadziłem pacjenta w hipnozę i powiedziałem: a teraz zaczynasz normalnie oddychać. Lekarze i pielęgniarki powiedzieli mi potem, że uratowałem mu życie. Tam, wśród dzieci chorych na mukowiscydozę, najczęściej hipnozy używałem do tego, by dawać spokój, pomóc pogodzić się z losem.

A dziś?

- Obniżam w ten sposób napięcie, motywuję, nastawiam na sukces. I cieszy mnie, że zawodnicy coraz częściej otwarcie mówią o tym, że w sporcie równie ważna, jak sprawność ciała, jest kondycja psychiczna.

Ośmielają tym innych, którzy mają opory przed korzystaniem z pomocy psychologicznej?

- To jest tak: ludzie się wstydzą, gdy myślą, że są gorsi, ułomni. A w gabinecie słyszą coś zupełnie innego: to zupełnie naturalne, że pani cierpi, skoro opuścił panią mąż po 20 latach. Jest pani normalna. Gdy to sobie uświadomią, wstyd najczęściej znika. To syndrom czasów, w gonitwie szczurów każdy uważa, że musi być pierwszy. I nienaganny. Jeśli cierpi, coś mu dolega, nie jest pierwszy - stwierdza, że coś z nim jest nie tak. A przecież pierwszy może być tylko jeden. Stąd tyle w nas drapieżności. W wielu menedżerach tkwią przekonania rodem z początków kapitalizmu. Wali pięścią w stół, balansuje na granicy mobbingu. Na Zachodzie już wiedzą, że to na nic. Że aby mieć zmotywowanego pracownika, to potrzeba w tej relacji dobroci, życzliwości. To samo dotyczy zawodników.

Tego uczy się na uniwersytecie?

- Psychologia sportu jest dość młodą dziedziną. W Polsce właściwie zaczęła się kilka lat przed największymi sukcesami Małysza. I na naszych uniwersytetach uczy się psychologii sprzed 30, 40 lat. Że sportowiec musi mieć cel, krótko- i długodystansowy, że nie może się za mocno stresować. Ale co to znaczy? Jak to zrobić? Takie gadanie: gdy mi ktoś mówi: "Sybilski, nie stresuj się", od razu pytam: "Jak? Daj mi radę!". Nauka poszła do przodu. Na świecie w psychologii sportu naprawdę dużo zadziało się w ostatnich latach. Wystarczy prześledzić badania Instytutu Psychologii Sportu w Australii, Floating Room w Anglii, instytutu psychologii na uniwersytecie w Karlstadt, który bada psychofizyczne zmiany na skutek terapii deprywacji sensorycznej. Jak się człowiek z tym wszystkim zapozna, to nasza psychologia wydaje się jak za króla Ćwieczka.

Mając całą tę wiedzę, jak relaksuje się zestresowany psycholog?

- Biegam. Dwa, trzy razy w tygodniu. Jestem po zawale, mam bajpasy i stenty. Do biegania namówiły mnie dzieci. Gdy zaczynałem, padałem ze zmęczenia po stu metrach. Znajomy maratończyk powiedział, że za pół roku będę biegał przez godzinę. A mi się udało zdobyć taką formę po ośmiu tygodniach, dzięki temu, że po każdym biegu wchodziłem do kabiny deprywacyjnej i odzyskiwałem siły.

I znów kabina. Ale z pana sprawny marketingowiec.

- Kiedy prawdę mówię: dziś biegam po 9 km jednorazowo. I gdy nie mam czasu na kabinę, czuję różnicę. Wszystko mnie następnego dnia boli.

Pewnie się pan nie rozciąga!

- Wszyscy o tym rozciąganiu (śmiech ). Ja wolę kabinę, tam jest moje siódme niebo!

*Zdzisław Sybilski - specjalizuje się w psychologii emocji, sportu, seksuologii. Jest adiunktem na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego, członkiem Europejskiego Stowarzyszenia Hipnoterapeutów Medycznych, przedstawicielem Stowarzyszenia Terapii Deprywacyjnej na Europę Środkową. Ma 65 lat.

TYCZKARZ NA KOZETCE

Kariera sportowa Pawła Wojciechowskiego, wicemistrza Europy 2014 i mistrza świata 2011 nie była wyłącznie pasmem sukcesów. Zawodnik tak opowiada o najtrudniejszym okresie:

- Doktora Zdzisława Sybilskiego poznałem na wykładach z psychologii. Wtedy jeszcze studiowałem na UKW. Nie sądziłem wówczas, że będzie mi potrzebna jego pomoc. Potem zaczęły się dla mnie bardzo trudne, sportowe czasy. Z powodu fatalnego pasma kontuzji: najpierw to było kolano, później złamana od uderzenia tyczki kość jarzmowa i w końcu narośl na dłoni, długo w ogóle nie mogłem startować. Nigdy jednak nawet nie pomyślałem o tym, by rzucić lekkoatletykę. Przecież ja nic innego nie umiem i to całe moje życie, a ciągle chcę być jeszcze przynajmniej raz najlepszy na świecie.

Przerwa w trenowaniu była także długa, trwała właściwie 10 miesięcy. Kiedy wróciłem do skakania, ciągle nie wyglądało to, jak sobie z trenerem Romanem Dakiniewiczem wymarzyliśmy. Byłem teoretycznie zdrowy, nic mi nie dolegało, ale wyniki nie były dobre. Najbardziej przeszkadzała mi dłoń. Trzymam w niej tyczkę i podczas rozbiegu oraz skoku ciągle czułem, a właściwie wydawało mi się, że czuję, ból. Nie dawało się normalnie pracować. Wszystko bardziej tkwiło w głowie, a w nie w tej ręce. Nie wiedziałem po prostu już, co mam ze sobą zrobić. Dlatego pomyślałem, że dobrze by było uderzyć właśnie w kierunku spotkania z psychologiem. Jak się okazało, opłaciło się. Dr Sybilski niesamowicie mi pomógł. Wystarczyło jedno-dwa spotkania, żeby uwolnić moją głowę od problemu z ręką. Przestałem się nią martwić.

Zajęcia z psychologiem zmieniły całkowicie moje nastawienie do sportu: treningów i zawodów. Jest mi o wiele łatwiej. Znowu mam głód skakania, czerpię przyjemność z tego, co robię. Podchodzę inaczej. Nie wiem, czy bardziej profesjonalnie, ale zacząłem zwracać uwagę na szczegóły, które kiedyś dla mnie nie były ważne. Nauczyłem się koncentracji w trakcie każdego treningowego skoku. Może to śmiesznie zabrzmi, ale lata lecą i nie będzie już coraz łatwiej, ale coraz trudniej. Wiem już, że trzeba dopiąć wszystko na ostatni guzik i tylko wtedy będę naprawdę skakał wysoko.