Sponsoruje dwa kluby, kupił też nazwę hali. "Chęć zrobienia czegoś z niczego?

- Niekoniecznie trzeba myśleć o tym, co będzie za sto lat. To i tak nie nasze zmartwienie - mówi Waldemar Kotecki, bydgoski biznesmen i były koszykarz. Jego firma sponsoruje obydwa zespoły koszykówki: Artego i Astorię.
Obserwuj autora na twitterze @R_Jaskot

Kobieca ekipa Artego zdobyła dwa brązowe medale mistrzostw Polski. Zawodnicy Astorii walczą natomiast w I lidze.

Remigiusz Jaskot: Pańska firma Polwell wydaje duże pieniądze na Artego, drużynę koszykarek, o której wynikach nie usłyszymy w "Sporcie" po "Wiadomościach" TVP i rzadko przeczytamy w "Przeglądzie Sportowym". Czy to ma sens?

Waldemar Kotecki: W "Przeglądzie" 80 procent to wiadomości na temat piłki. Przestałem już tę gazetę czytać. Czy to ma sens? Uważam, że lepiej być pierwszym w Bydgoszczy, niż drugim w Warszawie. Jeżeli się ocenia swoje możliwości, to lepiej znaleźć coś, z czym można dokonać rzeczy większych, niż zajmować się na przykład inną dyscypliną nierokującą takich szans. Mnie to nie interesuje. Moim marzeniem jest to, żeby Artego zagrało w europejskich pucharach. Od lat powtarzam, że będzie to możliwe w drugim roku gry w nowej hali. Społeczeństwo jest głodne wydarzeń sportowych. To pokazała też Delecta, która zapełniała Łuczniczkę. Bilety w nowej hali na nasze mecze będą dalej kosztować 10 zł. A to lepszy sposób na spędzenie czasu, niż pójście do galerii handlowej na dwie godziny.

Bydgoszczanie interesują się Artego? Porównania widowni z innymi drużynami wciąż nie wyglądają dobrze.

- Uważam, że się interesują. Ile osób chodzi na Pałac Bydgoszcz? Porównujmy sporty kobiece z kobiecymi. Nie porównujmy gruszek z bananami. Na przykład tenis męski i kobiecy to dwie różne dyscypliny. To, co wyróżnia koszykówkę, to walka. W żeńskim baskecie mecz to wielka bitwa.

Sam pan grał w koszykówkę, ale zakończył karierę w wieku 22 lat. Dlaczego?

- W ciągu jednego sezonu dwa razy złamałem na boisku nogę. Po pierwszej kontuzji za szybko wszedłem w trening i złamałem nogę w tym samym miejscu. Powrót był długi. W dodatku w Astorii były przetasowania, miałem propozycję gry w Toruniu. Stwierdziłem, że czas na naukę.

Nie żal tego, przecież grał pan nawet w reprezentacji Polski juniorów.

- To dla mnie piękna przygoda. W turnieju w Bydgoszczy wygraliśmy jeden mecz. Pamiętam, że rok młodsi od nas gracze z ZSRR w komplecie robili wsady, z rozgrywającymi włącznie. Przed meczem szli na siłownię, tak byli przygotowani. Wtedy uważałem, że mogę wiele osiągnąć.

Patrzę w statystyki, w wieku 19 lat rzucał pan w Astorii średnio 13 punktów. Świetny wynik.

- Może ja nie potrafiłem tego pociągnąć, a może inni we mnie nie wierzyli. Zresztą ja w ogóle nie powinienem grać w koszykówkę. Widzę dobrze tylko na jedno oko. Tak bardzo zależało mi, żeby grać, że trochę kombinowałem na badaniach. Lekarze dawali się nabierać, gdy cały czas zasłaniałem to samo, chore oko.

Opowiada pan, że nie opuścił pan żadnego treningu. Sport wyrabia dyscyplinę?

- Jeżeli miałbym na to wpływ, to wf., po matematyce, byłby podstawowym przedmiotem w szkole. Zrobiłbym 8 godzin w tygodniu. Sport buduje odroczoną gratyfikację. Żeby na szyi zawisł medal, trzeba wielu lat wyrzeczeń i bólu. Dopiero potem przychodzi sukces. To odwrotnie niż funkcjonuje część młodego pokolenia. Chcą gratyfikacji od razu i mówią, że wtedy pokażą, co potrafią. A pierś po medale należy wypinać po wykonanej pracy.

Skończył pan grać w koszykówkę i kilka lat później założył własny biznes...

- ... Razem z dwoma znajomymi. Jestem właścicielem firmy Polwell od 24 lat. Sprzedajemy artykuły dla fryzjerów. Mamy własne marki, ale głównie zajmujemy się dystrybucją.

Ale nie zaczął pan wydawać swoich pieniędzy na koszykarki, żeby fryzjerzy zaczęli masowo zamawiać produkty Artego.

- Od wielu lat znałem Czesława Woźniaka, prezesa Basketu 25. Zacząłem pomagać klubowi kilkanaście lat temu. Budujemy w Bydgoszczy nowy sport. Damska koszykówka to kopciuszek, który chce pokazać, że potrafi.

Koszykówka jest w wielkiej zapaści. Tego sportu stacje telewizyjne nie chcą nawet za darmo.

- Nie mam wpływu na władze ligi, które sprzedają ten produkt marketingowy.

Koszykówkę zdystansowała siatkówka, popularniejsza jest nawet liga piłki ręcznej.

- To pochodna wyników reprezentacji. Teraz zarówno koszykarze, jak i koszykarki, wystąpią na EuroBaskecie. Cieszę się, że piłka ręczna się rozwija. Inaczej patrzę na żużel. Zna pan kogoś, kto dla przyjemności uprawia ten sport? A przecież chodzi o to, żeby jak najwięcej dzieci garnęło się do sportu.

Powtarza pan, że media powinny pisać o polskich zespołach, a nie "polskiej" Borussii Dortmund.

- Nawet jeśli w Borussii będzie występować 6 Polaków, to dalej będzie to klub niemiecki. Weźmy na przykład TVP. Czy to jest nadawca odpowiedzialny społecznie? Moim zdaniem nie. Nie informują nawet o wynikach najwyższych lig innych sportów niż piłka. TVP Bydgoszcz nie pokazała nawet decydującego o medalu derbowego meczu koszykarek. To był jedyny medal w regionie. Im więcej będziemy mówić o sporcie, tym więcej dzieci będzie go uprawiać. O to w tym wszystkim chodzi.

Na ile ważne w przekazywaniu przez Polwell pieniędzy na koszykówkę jest wypromowanie marki Artego?

- To ważne, ale nie wszystkie działania marketingowe są policzalne, mierzalne czy skuteczne. David Ogilvy mówił, że 50 procent pieniędzy wydawanych na reklamę to kasa wyrzucona w błoto, ale nikt nie wie, które to jest 50 procent. Poza korzyściami takimi jak wyświetlenia logo czy obecnością nazwy w mediach, są jeszcze pasja, czy chęć zrobienia czegoś z niczego.

To praca na wiele lat. Marketing sportowy powinien trwać długo. To nie jest działanie nastawione na sprzedaż, gdy najlepiej wykupić reklamy w telewizji, a ludzie idą do sklepów.

Chodzi o społeczną odpowiedzialność biznesu?

- To kluczowe. W polskich firmach, nawet w moich, nie ma działów do budowania relacji ze społeczeństwem. Na Zachodzie takie działy funkcjonują. Są biznesmeni, którzy odnoszą wielkie sukcesy, ale nie docenili wartości tego, że ich pracownicy mogą być z tego dumni. Większości wydaje się, że najważniejszym warunkiem pracy jest dla pracowników wynagrodzenie. To zostało zbadane. U kobiet to dopiero siódmy najważniejszy element. U mężczyzn czwarty. Najważniejsze jest docenienie. To istotne, żeby pracownik był dumny ze swojej firmy, widział, że jest dobrze postrzegana w mieście. To jest ciągle niedocenione.

Wielu polskich biznesmenów uważa, że doszli do sukcesu własną ciężką pracą i nie muszą się tym sukcesem z nikim dzielić. Tak jest?

- Zdarza się i ja to rozumiem. Sam zaczynałem z niczym. Nikt mi nie pomógł. Jeśli ktoś przeżył czas socjalizmu, gdy w sklepie był tylko ocet i musztarda, ma to doświadczenie w sobie. Wielu przedsiębiorców dźwiga ten garb i uważają, że muszą zabezpieczyć swoje życie, następne pokolenie, jeszcze kolejne i jeszcze kilka następnych, bo nie wiadomo, jak będzie. Ja z kolei uważam, że każde kolejne pokolenie musi budować swoje życie, odpowiedzialność i swoje pomysły. Trzeba ustąpić miejsca następnym. Niekoniecznie trzeba myśleć o tym, co będzie za sto lat. To i tak nie nasze zmartwienie.

Tak pan przekonuje bogatych bydgoszczan? Że zamiast pieniędzy na swoje przyjemności bądź z myślą o wnukach, można je wydać na zawodową koszykówkę?

- Potrzeby trzeba realizować równomiernie. Można dbać o oszczędności, swoje potrzeby i część budżetu firmy wydać na marketing sportowy. Tylko to przyniesie satysfakcję z realizowanych celów i radość z sukcesu, czy żal przy porażkach. Mamy takich sponsorów. Nie tylko sami dają pieniądze, ale sami szukają kolejnych.

Wydał pan pieniądze, żeby kupić nazwę nowej hali. W Artego Arena będą występować koszykarki Artego i koszykarze Astorii Bydgoszcz. Został pan także sponsorem strategicznym tej drużyny.

- Zasadniczą rolę odgrywa ratusz. My tylko zapraszamy sponsorów i to nam się udaje. A co do Astorii, na razie chcę się przyglądać, jak daje sobie radę. Klub jest w niełatwej sytuacji. Chcę zobaczyć, czy mają szansę na rozwój. Decyzję będziemy podejmować z roku na rok.

Dlaczego Artego nie gra w tym sezonie w europejskich pucharach? Pokonana przez Artego toruńska Energa występuje w Eurolidze.

- Kluby z pierwszej czwórki dostały zaproszenia do pucharów: Wisła Kraków i CCC Polkowice do Euroligi, natomiast Artego oraz Energa Toruń do Pucharu Europy. Podziękowaliśmy, bo te rozgrywki nas nie interesują. Kiedy CCC się wycofało, ofertę gry w Eurolidze dostał Toruń. Nas się nikt nie pytał.

Jak rozumiem, uważa pan, że tak nie powinno być.

- Nie powinno, ale sami wywalczymy prawo do gry w Eurolidze. Do ekstraklasy też mogliśmy dwa razy dostać się przez dziką kartę, ale chcieliśmy to wywalczyć na boisku. Jak będziemy w finale polskiej ligi, wtedy zagramy.

Mówicie o chęci występowania w pucharach, a potem grać nie chcecie, bo Puchar Europy was nie interesuje?

- Ale to jest też uzależnione od pieniędzy. Zapytaliśmy się miasta, czy możemy liczyć na większe środki, okazało się to niemożliwe. Na taki start nie byliśmy jeszcze gotowi.

Stara się pan być blisko zespołu? Pamiętam, jak pocieszał pan Ewelinę Galę po drugiej kontuzji. Miała łzy w oczach.

- Staram się być na tyle blisko, na ile to możliwe. Ewelina miała wielkiego pecha. W drużynie jest świetna atmosfera. Mamy mnóstwo ofert od koszykarek. One wiedzą, że Artego to nie jest finansowy raj, gdzie indziej mogą zarobić więcej. Ewelina dostała cały rok na dojście do siebie, podpisała nowy kontrakt. Ten sezon będzie należał do niej.