Sport.pl

W poprzek boiska: Słodko-gorzka cena igrzysk [FELIETON]

Który z bydgoskich sportowców chciał skoczyć z wieży londyńskiego Big Bena, i to bez żadnego zabezpieczenia, prosto na bruk The Queens Walk? A kto miał zamiar bezpowrotnie zakończyć sportową karierę, żeby zapomnieć o klęsce olimpijskiej?
Ciężar rywalizacji na igrzyskach olimpijskich jest tak potężny, że skłania ku najróżniejszych deklaracji wypowiedzianych w chwili rozpaczy, która po klęsce się przydarzyć może.

Na szczęście kajakarz Piotr Siemionowski z wieży Big Bena nie skoczył. Ciężarowiec Marcin Dołęga po londyńskiej porażce ze sportem nie skończył, choć w jego przypadku lepiej, by tak się właśnie stało. Uniknąłby przynajmniej kompromitującej wpadki z dopingiem.

Różne postawy i charaktery okazują ludzie sportu w obliczu przegranej. Ze zwycięstwem rzecz prosta. Triumf jaśnieje, rosną skrzydła. Mnóstwo osób znajomych i nieznanych zgoła poklepuje i gratulacje śle.

Klęskę trzeba przeżyć w samotności - prawie zawsze w pojedynkę się z nią zmierzyć. I można wówczas przegrać sromotnie - jak się to zdarzyło trzykrotnemu mistrzowi świata w podnoszeniu ciężarów, marzącemu jeszcze o olimpijskim podium.

Najpiękniej jest jednak, gdy porażka staje się trampoliną do stawiania następnych kroków. Tyczkarz Paweł Wojciechowski też w Londynie dostał od losu mocne lanie. Z wyżyn, na które wspiął się jako mistrz świata, spadł boleśnie na dno, gdy podczas olimpiady w Londynie odpadł w eliminacjach zaledwie. I zaczął się wspinać z powrotem z powodzeniem. A za to, w sierpniu, w Rio de Janeiro, sportowe życie da mu drugą olimpijską szansę.