Sport.pl

Szczypiorniak jedzie na ziemniakach. Czy znowu się odbuduje?

Bramkarz został trenerem, lewoskrzydłowy prodziekanem a trener wiceprezesem sekcji. Trzech bydgoszczan, którzy razem zdobywali akademickie mistrzostwo Polski w piłce ręcznej, dziś odbudowuje szczypiorniaka w AZS UKW. Po raz kolejny
Bernard Mendlik prawą ręką zdobywał bramki i dyrygował orkiestrami. Dziś jest profesorem zwyczajnym, dziekanem Wydziału Edukacji Muzycznej UKW. Za piłką biegał przez całe studia i kolejne lata, gdy zaczynał pracę w Wyższej Szkole Pedagogicznej.

- Początek był w Nielbie Wągrowiec. Ojciec i bracia pracowali jaki wuefiści - opowiada. - Sport i muzyka, te dwie sprzeczności, a może lepiej powiedzieć, kierunki, zawsze były obecne w moim życiu - opowiada. Funkcję dziekana łączy z obowiązkami kierownika II-ligowej drużyny AZS UKW Bydgoszcz. Ale jako "kiero" nie podaje bidonów. Zajmuje się m.in. organizacją podróży.

W drużynie AZS Wyższej Szkoły Pedagogicznej, która trzy dekady temu dwukrotnie zdobywała akademickie mistrzostwo Polski w swojej grupie uczelni, niewysoki Mendlik grał na lewym skrzydle. Bramki strzegł Andrzej Kaczorowski.

Uparty nauczyciel

Jak grać w piłkę ręczną uczył się w Szkole Podstawowej nr 48. Od lat jest w niej nauczycielem. Co parę lat wraca do AZS-u, teraz Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, żeby odbudować szczypiornika. - Które to moje podejście? Może czwarte? Nie pamiętam. Jak jest potrzeba, to przychodzę. Jak nie, to odpoczywam albo pracuję w okolicy. Prowadziłem zespoły z Grudziądza, Koronowa, Inowrocławia - opowiada.

Nie wszystkie próby budowy drużyny w rodzinnym mieście były szczęśliwe. - Jedziemy na ziemniakach. Nie mamy odżywek i odnowy biologicznej. Organizacyjnie jesteśmy pół roku zapóźnieni - mówił kilka lat temu. Wtedy uczelnię zawiedli sponsorzy, którzy obiecywali złote góry. Zawodnicy mieli obiecane stypendia, a ostatecznie nie dostali nawet na bilet na trening. - Teraz jest zdecydowanie lepiej. Mamy transport, uczelnia pomaga przy opłacaniu akademików. Dostajemy dofinansowanie z ratusza - mówi Kaczorowski.

Połowa II-ligowej drużyny to nastolatkowie. Do seniorów dołączył zespół juniorów młodszych z rocznika 2001, czyli trzeciej klasy gimnazjum. Pozostali to studenci UKW.

Syn swego ojca

Jednym z nich jest Kacper Ligarzewski. Jego ojciec, Szymon, też wychowanek Kaczorowskiego, bronił bramki w reprezentacji Polski. Czasem przychodzi na treningi. Wciąż gra w Niemczech, ale już na niższym poziomie. - Nieraz do protokołu meczowego wpisałem przez pomyłkę imię Szymon, zamiast Kacper. To przyszłościowy zawodnik. Podobnie jak kilku innych, chce iść do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Gdańsku. Ja im stwarzam warunki - opowiada Kaczorowski.

Akademicy rozgrywają mecze w swojej sali w kompleksie sportowym UKW przy ul. Sportowej. Przez kilka lat było to niemożliwe ze względu na zasady unijnego dofinansowania. Ostatecznie udało się tę sprawę przeforsować. Treningom przygląda się Krzysztof Kościański, trener drużyny, w której występowali Mendlik i Kaczorowski. Dziś jest wiceprezesem sekcji. Wierzy w jej odbudowę. - Dwa lata temu ustaliliśmy, że dopóki nie będzie własnego materiału sportowego, czyli zdolnych wychowanków i nie okrzepniemy finansowo, nie będziemy się napinać.

Mendlik, Kaczorowski i Kościański są zgodni, że czas działa na korzyść drużyny, która na razie w II lidze głównie przegrywa. - Starsi nie są w stanie biegać 60 minut, a młodzi w pewnych momentach mają pełne majtki - tłumaczy Kościański. - Rok-dwa i tutaj będzie minimum dobra druga liga - zapowiada Mendlik. Kaczorowski wychował już wielu zawodowych zawodników. Jest przekonany, że będą kolejni. - Z tymi chłopakami byliśmy już na 6. miejscu w kraju. Kilku może piłką ręczną zarabiać na chleb. Inni grają, bo to lubią. Sport zespołowy zbliża ludzi, zawiązują się przyjaźnie, które trwają lata. Kariery ludzi toczą się w różny, często zaskakujący sposób, ale o piłce ręcznej się pamięta.