Bydgoszcz zdała egzamin

Czasem kontuzja zawodnika może wyjść na dobre jego klubowi. Tak jak pęknięte żebro, przez które Jonas Davidsson nie pojechał w Grand Prix Challenge. Polonii przydało się bardzo




W tym tygodniu na kongresie FIM w Durbanie w Republice Południowej Afryki rozstrzygnięty zostanie przydział stałych dzikich kart na Grand Prix 2009. Dzięki nim czterech wskazanych przez Benfield Sports International żużlowców otrzyma prawo do startów w przyszłorocznych zmaganiach o indywidualne mistrzostwo świata.

Przypomnijmy, że już uzyskali je zawodnicy, którzy zajęli osiem czołowych miejsc w Grand Prix 2008. Jako ostatni zapewnił sobie udział Norweg z polskim paszportem Rune Holta. Tę stawkę uzupełniło trzech najlepszych zawodników z eliminacji, czyli GP Challenge. W tym roku w finale tych zmagań, w Zielonej Górze na podium stanęli: Duńczyk Kenneth Bjerre i dwaj Polacy: Grzegorz Walasek oraz Sebastian Ułamek.

13 września nie wystartował w tym turnieju Szwed Jonas Davidsson z bydgoskiej Polonii. Na przeszkodzie stanął uraz żeber i pęknięte płuco, a był on przed finałem GP Challenge jednym z faworytów.

Awans Szweda do GP 2009 spowodowałby, że bydgoski klub znalazłby się w nie lada kłopocie. W zespole ligowym może jeździć tylko dwóch uczestników GP. Jednego, Andreasa Jonssona, już mamy. Za kilka dni okaże się, że Polonia ma już kolejnego i limit wyczerpie. Niemal pewnym kandydatem do stałej dzikiej karty jest bowiem rosyjski junior bydgoskiego klubu Emil Sajfutdinow. Dwukrotny mistrz świata do lat 21 ma być nową twarzą w gronie starych znajomych startujących w GP. - Jestem przygotowany pod względem psychicznym i fizycznym do Grand Prix. A liczbą zdobytych punktów postaram się udowodnić, że mimo młodego wieku zasługuję na dziką kartę - deklaruje odważnie 19-latek z Rosji.

W jego przypadku o przepustce do GP 2009 decydują kryteria sportowe i chęć poszerzenia geografii światowego speedwaya (w stawce pozostali reprezentanci tylko pięciu krajów: Danii, Australii, Polski, Szwecji, USA). Trzy pozostałe będą podzielone ze względu na interesy właścicieli cyklu. Dlatego pewniakami są dwaj Anglicy i Szwed. Turniej GP w Cardiff jest oczkiem w głowie BSI i kibice z Wielkiej Brytanii muszą mieć kogo dopingować. Scott Nicholls i Chris Harris, ewentualnie któryś z młodszych Anglików, otrzymają dwie dzikie karty. W stawce będzie także potrzebny drugi Szwed, bo tylko Jonsson się utrzymał w ósemce.

Kandydatów jest dwóch: 10. w klasyfikacji GP 2008 Fredrik Lindgren lub nasz Davidsson.

- Martwić będziemy się tym później - stwierdza prezes Polonii Leszek Tillinger. - Jednak myślę, że Davidsson ma małe szanse. Jeśli jakiś Szwed ją dostanie, to chyba raczej Fredrik Lindgren - dodaje szef klubu z Bydgoszczy.

Tego zmartwienia BSI z pewnością jednak Tillingerowi oszczędzi, choćby z powodu wdzięczności za uratowanie skóry i honoru organizatorom Grand Prix, którzy nie potrafili zrobić zawodów w Gelsenkirchen.

W Bydgoszczy udało się to w pięć dni, i to bez wpadek. Bilety kupione przez internet rozdano sprawnie, a to była pierwsza taka operacja przed GP na Polonii. Sprzedano ich zresztą więcej niż spodziewał się Tillinger, około 12 tys.

Z dochodu ze sprzedaży biletów, około miliona złotych, BSI jest zadowolone. Polonia też zarobiła, dzięki umówionej wcześniej opłacie za organizację zawodów. Obie strony nie chcą ujawnić jej wysokości, ale musi wynosić 300-400 tys. zł. To czysty i niespodziewany zysk dla bydgoskiego klubu.

To była także inwestycja na przyszłość. Za dwa lata ważyć się będą losy przyznania kolejnych imprez z cyklu GP polskim miastom. Poza Bydgoszczą, w kolejce po nie ustawi się z całą pewnością Leszno, Częstochowa oraz Toruń ze swym supernowoczesnym, typowo żużlowym stadionem. Paul Bellamy z BSI wylewnie dziękował Tillingerowi. Stwierdził też, że Bydgoszcz uratowała twarz całych rozgrywek. Dobrze byłoby, gdyby pamiętał o tym także w 2010 r. Nie warto też polegać wyłącznie na wdzięczności władz BSI, dlatego potrzebne są inwestycje (powiększenie i podwyższenie trybun) na stadionie, o których dyskutuje się już od miesięcy.





Mówi Leszek Tillinger

Anglicy byli szczęśliwi



WALDEMAR WOJTKOWIAK: Jest pan zadowolony z Grand Prix FIM?

LESZEK TILLINGER (PREZES ŻKS POLONIA): To pytanie nie do mnie. Moje zdanie nie ma tu znaczenia. Zadowoleni powinni być kibice, zawodnicy i przedstawiciele angielskiej firmy BSI.

No właśnie. Ci ostatni po blamażu w Gelsenkirchen powinni być chyba wdzięczni Bydgoszczy?

- Powiem tylko, że po zakończeniu zawodów cały czas nam dziękowali, byli naprawdę szczęśliwi, że to wszystko się udało. Nie mogli na nic narzekać. Oczywiście stadion nie był pełen, ale już wcześniej powiedziałem im, że w ciągu pięciu dni nie zapełnimy trybun i że należy spodziewać się 8-10 tysięcy fanów. Było ich 12 tys., więc można powiedzieć, że moje prognozy się sprawdziły.

Więc chyba wszyscy na tym zarobili?

- W tym temacie nie wyciągnie pan nic ode mnie. To sprawy ustaleń pomiędzy nami a BSI. Obiecaliśmy sobie, że nie będziemy na ten temat nic ujawniać.

Ale dzięki temu, że zorganizowaliście Grand Prix FIM, łatwiej będzie się starać o kolejne turnieje już po 2010 roku.

- To pan tak powiedział. Ja nie chcę się na ten temat wypowiadać. Na pewno promocyjnie zyskała na tym Bydgoszcz, bo po wpadce w Gelsenkirchen Anglicy robili wiele, by zareklamować naszą imprezę. Przez tydzień ciągle mówiło się o naszym mieście.

Tymczasem najlepsi zawodnicy krytykowali wybór Bydgoszczy, uważając, że foruje to Tomasza Golloba.

- To ich sprawa. Słyszałem opinie o tym, że można było to zorganizować w innym mieście. Tymczasem my właśnie zostaliśmy wybrani dlatego, że miesiąc temu takie zawody odbyły się na Polonii. Ja przez pięć dni miałem naprawdę ciężko i nie wyobrażam sobie, by ktoś, kto jeszcze tego nigdy nie robił, dał radę załatwić wszystko w tak krótkim czasie.

Wie już pan, kiedy będą przyznawane dzikie karty na przyszłoroczny cykl?

- Nie znam dokładnej daty. Powinno to nastąpić już na rozpoczynającym się właśnie kongresie FIM w RPA. Potrwa on tydzień. Oczywiście nie mam pojęcia, kto je dostanie. Myślę, że dwie przypadną Anglikom, jedna Szwedom i zostanie jeszcze jedna.

Dla Emila Sajfutdinowa?

- A, tego nie wiem, ale taka szansa chyba istnieje.

Rozmawiał Waldemar Wojtkowiak