Jak pokonać Kenijczyków na 800 metrów. Liczą się spryt i taktyka

Marcin Lewandowski, mistrz Europy, wierzy w medal na Igrzyskach w Londynie. - Można ich pokonać. Samego Rudishę także. Na olimpiadzie najważniejsza jest głowa do biegania, spryt i taktyka. To jest długi turniej, a nie jeden start - mówi lekkoatleta Zawiszy.


Wojciech Borakiewicz: Zwyciężył pan rywali w mistrzostwach Europy, ale to nie zaspokaja pańskich ambicji. Celem jest medal na olimpiadzie w Londynie. Aby go zdobyć, trzeba będzie pokonać niedościgłych biegaczy z Afryki, np. Davida Rudishę, nowego rekordzistę świata na 800 metrów. Czy to jest w ogóle możliwe?

Marcin Lewandowski: Historia biegu na 800 metrów na olimpiadzie pokazuje najlepiej, że absolutnie tak. Powiem więcej. Tylko jeden, jedyny raz czarnoskóry zawodnik wygrał finał na igrzyskach na tym dystansie. To był mój przyjaciel Wilfied Bungei w Pekinie w roku 2008. Przed nimi zwyciężali tylko biali [w 1976 roku najlepszy był Mulat Alberto Juantorena z Kuby - przyp. red.]. Ostatnio wygrywali na igrzyskach Jurij Borzakowski, Nils Schumann czy Vorbjorn Rodal. Historia przemawia więc za nami. To nie będzie więc w Londynie kwestia szczęścia, ale potwierdzenie przewagi Europy nad Afryką na olimpiadach.

Statystyki statystykami, ale jak pokonać na bieżni zawodników z Afryki?

- Triumfuje spryt i taktyka biegania. Liczy się też siła, którą biegacze z Europy górują nad Afrykańczykami. Najważniejsze, że igrzyska to turniej, a nie jeden bieg. Trzeba umiejętnie rozłożyć siły, żeby z eliminacji dalej awansować aż do finału i w nim zachować najwięcej świeżości i energii. Często bywało tak, że Afrykańczycy biegali już w eliminacjach po 1.43 czy 1.44 min. Marnowali w ten sposób siły, a na igrzyskach są trzy biegi - dzień po dniu. Brakowało im ich w finale. Europejczycy nastawiają się na taktykę, wiedząc, czym grozi strata energii. To jeden z elementów sekretu naszych triumfów na olimpiadzie.

Mistrz Europy ma więc szanse, żeby o podium w Londynie walczyć jak równy z równym z asami z Kenii i innych krajów Afryki?

- Zdecydowanie tak jest. Nie deklaruję, że będę miał medal, bo to przecież sport. Głęboko w to jednak wierzę, a to jest podstawa, by o podium rywalizować. Jeśli na "dzień dobry" powiedziałbym, że to niemożliwe, byłbym z góry przegrany. Wiem, że mogę to zrobić. Niejednokrotnie wygrywałem już z najlepszymi na świecie. Potrafiłem to zrobić podczas mityngów, więc na igrzyskach także to możliwe.

A samego Davida Rudishę, zawodnika, który dwa razy bił rekord świata Wilsona Kipketera, można także pokonać?

- W roku 2010 był niezwyciężony. Walka z nim była niemożliwa. Rudisha po raz ostatni przegrał zresztą w półfinale mistrzostw świata w Berlinie w 2009 roku. Od tego czasu wygrał już wszystko. Króluje na bieżni półtora roku. Każdy nowy sezon to nowe rozdanie kart. Nie jest więc powiedziane, że David dalej będzie niepokonany.

Będzie okazja, żeby z nim wygrać już w czerwcu w Bydgoszczy, bo jest pomysł, żeby głównym punktem programu mityngu Enea Cup był pojedynek Lewandowski - Rudisha.

- Wiem, że jest taki projekt. Zobaczymy, czy dojdzie on do skutku. Ściągnięcie Davida na ten mityng nie będzie łatwym zadaniem. Miejmy nadzieję, że da się to załatwić. David jest moim bardzo dobrym przyjacielem, znamy się doskonale. Spotkaliśmy się w grudniu w Kenii, utrzymujemy stały kontakt. Może ten sentyment pomoże.

Mówimy wiele o igrzyskach w Londynie, ale po drodze jest jeszcze sezon przedolimpijski.

- Rok 2012 jest z pewnością najważniejszy, bo to przecież olimpiada. To jednak nie zmienia faktu, że w tym roku odbędzie się kilka ważnych imprez. Trzeba się przyłożyć mocno do treningu i robić wszystko, co się da, żeby rywalizować z najlepszymi na świecie i wygrywać z nimi.

Robić wszystko, co się da... Wyczerpujący trening w Kenii to pewnie fundament tego podejścia do sportu i budowy formy na kolejny sezon?

- W grudniu w Kenii wchodziłem w ten trening. To był początek moich przygotowań. Praca wykonana w Afryce opiera się tylko na olbrzymiej liczbie kilometrów, które pokonałem. To ogólnie praca o dużej objętości, budująca generalnie wytrzymałość. Tworzą one podstawę, ale jednocześnie są bardzo ważnym elementem formy, które potem bardzo przydają się w trakcie sezonu. Pobyt w grudniu w Kenii zapoczątkował cykl obozów.

Mówił pan, że to "tylko" kilometry. A ile ich było w Afryce, wśród wzgórz z polami herbaty?

- Średnio wychodziło powyżej 20 kilometrów dziennie, więc tygodniowo było to 150-160 kilometrów. Nandi Hills słyną z herbaty, ale w świecie sportowym są znane jako mekka mistrzów biegów średnich, długich i maratonów.

Niedziele nie były wolne?

- Nie po to się jechało tak daleko, żeby odpoczywać. Treningi zajmowały dziennie sporo czasu, bo wcale nie jest tak, że im jest wyższy poziom sportowy, tym mniej pracy jest konieczne. Jest dokładnie odwrotnie. Sam trening biegowy zajmował mi ok. półtorej godziny dziennie. Oprócz tego za każdym razem kolejne półtorej godziny miałem dodatkowe zajęcia. W sumie więc zajmowało mi wszystko ponad trzy godziny, czasem nawet do czterech godzin. Robiłem ćwiczenia rozciągające, wspomagające sprawność ogólną.

Wspomniał pan o herbacianych Nandi Hills, ojczyźnie znakomitych biegaczy z Kenii, ale oni nie zawdzięczają swego talentu tejże herbacie.

- W ich przypadku są to cechy genetyczne. Tej przewagi, jaką dała im natura, nie da się obejść. To cechy wrodzone. Prześcignąć jednak można. My, Europejczycy, nadrabiamy czymś innym. Kenijczycy mają niezwykłą, niepojętą dla nas wydolność, a my swoją siłę. Wytrzymałość kontra siła. To jest istota afrykańsko-europejskiej rywalizacji. Dzięki temu można próbować wyrównać ich przewagę genetyczną. Możemy z nimi wygrywać.

Czy Rudisha skrywa tajniki swego treningu?

- Kenijczycy są bardzo otwarci. Można z nimi porozmawiać na każdy temat i nie chodzi tylko o trenowanie, ale także kwestie życiowe, ich podejście do rzeczywistości. Dowiedziałem się wielu bardzo ciekawych rzeczy. David szczerze opowiadał, ile kilometrów biega, jak to robi. Doskonale wie, że trening to nie wszystko. Liczy się jeszcze wiele innych rzeczy, by wygrywać.

A jakie życiowe mądrości Kenijczyków najbardziej panu odpowiadają?

- W Kenii jest straszna bieda, ale dla nich pieniądze nie są najważniejsze. Szacunek zdobywa się nie dzięki swemu majątkowi, ale temu, jakim się jest człowiekiem. Wtedy budzi się respekt. Sportowcem jest się pięć minut, a człowiekiem całe życie.

Rozmawiał Wojciech Borakiewicz