Sport.pl

Żużlowe harakiri, czyli nóż w brzuchu

Kibice żużla, którzy jak mur popierają walkę polskich żużlowców ze światową federacją o stare tłumiki, odtrąbili sukces po tym, jak Polski Związek Motorowy zgodził się na jazdę z takim sprzętem - wbrew nakazowi FIM. Polska - FIM 1:0 - pisali w internecie fani speedwaya, ciesząc się, że będzie po staremu. Zbytni to jednak optymizm - pisze w swoim felietonie Wojciech Borakiewicz.
My wprawdzie strzeliliśmy Międzynarodowej Federacji Motocyklowej jednego gola, ale ona nam wbiła aż cztery. Polska - FIM 1:4 - taki jest teraz wynik starcia o tłumiki, bo u siebie postawiliśmy na swoim, ale w rozgrywkach o Drużynowy Puchar Świata, w Grand Prix, ligach w Szwecji i Anglii to nam dokopali. Wszędzie tam trzeba, wg norm FIM, jeździć na sprzęcie z nowymi tłumikami.

I z tą naszą bramką też jest nie tak, jakbyśmy marzyli. To był gol samobójczy.

Trener reprezentacji Marek Cieślak mówi wprost, że zakaz jazdy z nowymi tłumikami to jest harakiri. - Może ktoś jeszcze wyciągnie ten nóż z brzucha - stwierdza z nadzieją Cieślak. Sami go sobie wsadziliśmy i siedzi teraz mocno, skoro trzymali go mistrz świata Tomasz Gollob i wicemistrz - Jarosław Hampel. Przecenili niestety siłę swego wpływu na światowy speedway. Władze FIM były bezlitosne odpowiadając: jeśli ktoś się boi jazdy na nowym sprzęcie, bo jest niebezpieczny, może zrezygnować z uprawiania sportu.

Na razie nie znamy wszystkich następstw tłumikowej wojny, jaką Polska wydała reszcie świata. Pierwszym efektem jest wycofanie wszystkich narodowych reprezentacji ze startów w międzynarodowych rozgrywkach. Kolejną - zakaz rozgrywania w Polsce wszelkich imprez światowej rangi. To logiczna konsekwencja - bo w końcu trzeba byłoby w nich jeździć na sprzęcie, który uznaliśmy za niebezpieczny. I to dopiero będzie bolesny problem dla kilku miast, które wydały miliony złotych, żeby mieć u siebie turnieje Grand Prix czy Drużynowy Puchar Świata.

Oddychamy lekko z ulgą, że nie dotyczy on Bydgoszczy. Po raz kolejny okazało się, że rozsądna była rezygnacja z szalonego wyścigu po Grand Prix, jaki w poprzednim roku rozpętał Gorzów. Zaklepał sobie GP na 5 lat i finał DPŚ za kilkanaście milionów złotych. Teraz drży podwójnie: światowe zawody bez Polaków będą klęską frekwencyjną. O ile do ich rozegrania w naszym kraju w ogóle dojdzie.

W tłumikowej wojnie mamy jednak swoje atuty. Niebagatelne, bo finansowe, a do prowadzenia wojny naprawdę najbardziej potrzebne są pieniądze. Zawody Grand Prix oraz Puchar Świata nie odbyłyby się bez polskich sponsorów, którzy wpłacają większość środków do kasy Anglików z BSI, którzy je organizują. Bez pieniędzy naszych miast: Leszna, Torunia, Gorzowa oraz firm, np. PGE, tym przedsięwzięciom, które przeprowadza przecież nie FIM, ale właśnie BSI, grozi krach. Całkiem prawdopodobne jest więc, że w naszym żużlowym meczu ze światem uda się odrobić to nieszczęsne 1:4.

O aferze tłumikowej czytaj na Sport.pl »


Więcej o: