Sport.pl

Właściciel Łuczniczki: To nie jest robota na tokarce

Pierwszy był Radosław Osuch, drugi - Władysław Gollob. Piotr Sieńko został właścicielem siatkarskiej Łuczniczki - trzeciej ze sportowych spółek, które sprzedało miasto.
Wojciech Borakiewicz: Dlaczego zdecydowałeś się kupić klub siatkarski?

Piotr Sieńko: - Nie chcę odpowiadać cytatem "Nie chcem, ale muszem", lecz sytuacja wyglądała dość podobnie. Prezydent Rafał Bruski dawno już ogłosił, że zamierza sprzedać wszystkie spółki sportowe należące do miasta. Miał swoją logikę. Zamierza skoncentrować wysiłek miasta w innych obszarach, zamiast zarządzać zawodowym sportem. Proces sprzedaży rozpoczął się już dwa lata temu.

Wydawałoby się, że sprzedaż spółki siatkarskiej, zawsze chwalonej i pokazywanej za wzór, pójdzie najszybciej i najłatwiej. Trwała długo. Dlaczego?

- Mogę tylko gdybać, że z nami nie było kłopotów i w związku z tym ratusz nie musiał się spieszyć. Nie było zagrożenia, że żaden niespodziewany kłopot spadnie na barki prezydenta. Nie musieliśmy liczyć na poręczenie kredytu przez radę miasta. Nie mamy problemu z kibolami. Sam się wahałem, czy starać się o kupno spółki siatkarskiej.

Co pomogło?

- Po wielu rozmowach z żoną ustaliliśmy, że zabieramy się za to zadanie.

Czyli "Nie chcem, ale muszem"?

- No tak. Było w pewnym momencie zagrożenie, że siatkówka może w ogóle paść. Budowałem ją tyle lat, że również ze względów emocjonalnych zdecydowałem się kupić większościowy pakiet spółki. Elżbieta, moja żona, mnie wspierała. I w pierwszej chwili wydawało się, że cały proces sprzedaży szybko się zakończy, ale potem został wstrzymany i trwało to dłużej, do stycznia tego roku.

Podobnie jak właściciele Polonii i Zawiszy, otrzymałeś zapewnienie czteroletniego finansowania zespołu z miejskiego budżetu. To dobre rozwiązanie?

- To 2,15 mln złotych na rok. W sumie więc 8,6 mln złotych. Tyle będzie wynosić dotacja. Liczyłem oczywiście na większą kwotę. Natomiast ta perspektywa czasowa mi odpowiada. Po trzech latach będą wybory. Jeśli wygra prezydent Bruski, mamy kontynuację. W innym przypadku będę miał rok czasu na obserwację, czy nowa władza będzie chciała dalej budować markę Bydgoszczy poprzez siatkówkę.

Coś się zmieniło w klubie, odkąd zostałeś prezesem i właścicielem w jednej osobie?

- Nic. Będę kontynuował to, co było odpowiednie i przynosiło korzyść. Być może zresztą znajdzie się firma, która w zamian za sponsoring zechce przejąć część udziałów. To możliwa, choć obecnie hipotetyczna konfiguracja. Jeśli oczywiście będzie korzystna dla siatkówki.

Pracowałeś przez wiele lat w potężnej korporacji. Sportowców można traktować tak samo jak normalnych etatowych pracowników? Czy może wymagają osobnego podejścia?

- Przez 20 lat pracy w różnych korporacjach siłą rzeczy nasiąka się pewnymi przyzwyczajeniami. Z drugiej strony sport to nie jest biznes typu: stwórz markę, produkuj i sprzedaj. Oczywiście pewne rzeczy wprowadziłem np. system oceny pracownika.

Sportowca też?

- Nie, w przypadku zawodników jest inna zasada. Ich szefem jest trener. Vital Heynen robił takie oceny. Piotrek Makowski - nie. Bo uznaje to za nieefektywne. Sportowcy to ludzie przyzwyczajeni do innego traktowania i sposobu pracy.

Inni są? Dlaczego?

- Nie są przyzwyczajeni do dnia i pracy spędzonego w reżimie ośmiu godzin pracy. Rano wstajesz, musisz być na szóstą czy siódmą w firmie itp.

No tak, trening jest zwykle później. I trwa najwyżej 2,5 godziny.

- Z tego wynika potrzeba elastycznego podejścia. O tym rozmawiamy regularnie z trenerami. Jednego należy traktować z tolerancją, nie tak jakby robił na tokarce. Drugiego - inaczej. Są oczywiście różne osobowości. Niektórzy są przyzwyczajeni, że wszystko mają podane na tacy.

Miałeś w klubie zawodnika, o którym można powiedzieć: wzór.

- Stephane Antiga to absolutna gwiazda siatkówki. Ale wszystko w Bydgoszczy było dla niego super, począwszy od mieszkania, opieki nad dziećmi aż po jedzenie. Łączył klasę człowieka i sportowca. Ale w klubie generalnie nie mamy problemów z zawodnikami.

Wróćmy do sytuacji Łuczniczki. Jaka jest twoja diagnoza trudnej sytuacji ze sponsorami dla sportu w mieście? Nie mają go piłkarze. Nie mają żużlowcy.

- Mieliśmy przez wiele lat sponsora tytularnego. Była z nami Delecta, ale to się z przyczyn "politycznych" skończyło. Rieber i Delecta zmieniły właściciela. Potem przez rok jeszcze się udawało przedłużyć umowę, dzięki towarzyskiemu kontaktowi. Później nowy właściciel powiedział zdecydowanie "Nie". Udało się przekonać Transfer do przejęcia roli tytularnego sponsora. To trwało dwa lata. Szukaliśmy kolejnego, ale polegliśmy.

Dlaczego?

- Po pierwsze, podnieśliśmy poprzeczkę, jeśli chodzi o wymagania finansowe wobec sponsora tytularnego. Gdy raz sprzedasz je za półdarmo, nie wejdziesz już potem na wysoką półkę. Druga sprawa: znacznie poważniejsza. Duży biznes wyfruwa z Bydgoszczy. Rozmawialiśmy, ostatecznie bez skutku, z firmą Drozapol. Uderzaliśmy, jak pewnie wszyscy, do Pesy. W efekcie zakończyło się na nazwie Łuczniczka. Firmy inwestujące w sport robią to z trzech powodów. Budują swoją markę. Delecta, z branży spożywczej, idealnie pasowała. Gdy ktoś działa w branży transportowo-logistycznej, nie musi działać w taki sposób. I drugi powód: towarzyski. Można liczyć na pomoc przyjaciół na zasadzie: Lubię cię, więc ci pomogę. I jeszcze jedna kwestia wchodzi w grę: odpowiedzialność społeczna. Szef Nitrochemu nie musiałby się przez siatkówkę reklamować, ale to robi z takich względów. Pracują u niego bydgoszczanie, więc uważa, że powinien wspierać bydgoski sport.

Czy na sporcie można zarobić?

- Przypuszczam, że w Polsce tylko na piłce nożnej. W siatkówce nie ma mowy o zarabianiu. Nawet najbogatsze kluby wszystko wydają na czysty wynik sportowy, czyli budżet zespołu.

Płace są więc dominującą częścią. Dlaczego, skoro kluby piłkarskie twierdzą, że udział płac w budżecie na poziomie 70 proc. to fatalny wynik?

- Mam odmienne zdanie. Im więcej wydajesz na czysty sport, tym masz większą szansę, że zbudujesz lepszą drużynę. Warunek: sprawna i mała administracja, która wszystko ogarnia. Najlepiej więc, gdy wydasz 99 proc. pieniędzy na sam zespół. W Łuczniczce mamy dwóch pracowników na etacie, dwoje stażystów i 21 wolontariuszy.

Bydgoskie spółki sportowe to rodzinny biznes. W Polonii właściciel Władysław Gollob zatrudnił syna jako trenera. Wnuk będzie zawodnikiem. W Zawiszy żona właściciela jest prezesem, a syn - menedżerem ściągającym piłkarzy. A jak będzie w Łuczniczce?

- Żona, jak trzeba, jest lekarzem wolontariuszem. Mój syn tu zaczął grać i, mam nadzieję, będzie dalej grał. I to wszystko, jeśli chodzi o rodzinne związki.

Jakie są plany na kolejny sezon?

- Zależą od tego także, co dziś się dzieje z zespołem. Dobrze grasz, masz więcej kibiców i okazję do zdobycia bogatszych sponsorów. W każdych rozmowach z firmami taka zależność się pojawia. Nad samym składem wiele rozmawiamy, ale będzie budowany w marcu. Wówczas będziemy mniej więcej wiedzieć, jakimi pieniędzmi dysponujemy i na co nas będzie stać.

A jaki wpływ może mieć ewentualne powiększenie PlusLigi? Jest trzech kandydatów.

- Czy będzie więcej zespołów w męskiej lidze, czy też mniej, tego jeszcze nie wiadomo. Wiadomo, że trwają rozmowy na temat jej kształtu w przyszłym sezonie. Mogę tylko dziś powiedzieć, że tych drużyn będzie pomiędzy dziesięć a szesnaście. Weryfikacja obecnie występujących zespołów i kandydatów, którzy chcą dołączyć, będzie prosta, ale przeprowadzona ze znacznie większą konsekwencją.

Relegowanie drużyny z ligi jest możliwe w trzech przypadkach: kiedy są zaległości finansowe, zespół nie wygrał w sezonie pięciu meczów i brak odpowiedniej hali. Z różnych powodów jednak brakowało do tej pory konsekwencji w weryfikacji. I nie dlatego, że zarząd był głupi i konsekwentny. Trzeba było rozstrzygać poważne dylematy. Przykład Pałacu, który nie wygrał pięciu meczów, jest dobry. Po analizie wyszło, że Pałac pod względem sportowym i organizacyjnym i tak był silniejszy niż kandydaci do wejścia do ekstraklasy. Taka logika wówczas zwyciężyła. Teraz aplikują trzy zespoły męskie i cztery żeńskie.

Co właścicielowi klubu z Bydgoszczy bardziej odpowiada, więcej czy mniej rywali na rynku, bo to także w końcu rynek?

- Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Dla polskiej siatkówki powinno być ich jak najwięcej, ale musiałyby to być mocne kluby, które będą przyciągały kibiców i budowały wartość ligi.

Więcej o:
Komentarze (1)
Właściciel Łuczniczki: To nie jest robota na tokarce
Zaloguj się
  • semeon

    Oceniono 2 razy 0

    To raczej kombinatorzy niż właściciele. WŁAŚCICIELAMI TO BY BYLI, GDYBY SAMI COŚ STWORZYLI, a nie zamienili coś publicznego na prywatne dzięki układom, zblatowaniom, zależnościom, znajomościom i innym takim.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX