Obniżka płac dla sportowców - o połowę. Tak żużlowa ekstraliga chce ratować kluby

Żużlowe kluby w Polsce ledwo wiążą koniec z końcem Władze żużlowej ekstraligi zapisały im lekarstwo z dawnych czasów: płacę regulowaną odgórnym zarządzeniem. Podobny system już kiedyś istniał, ale na szczęście dawno zbankrutował. Nie ma potrzeby, żeby odrodził się w zawodowym sporcie
Czy to dobry sposób na ratowanie żużla? Jesteś kibicem z Bydgoszczy? Dołącz do nas na Facebooku Sport.pl Bydgoszcz »

Gospodarka nakazowo-rozdzielcza świetnie wygląda, ale tylko na papierze. Historia to już pokazała, a kto o tym zapomniał, niech obejrzy na YouTube kilka filmów pokazujących PRL-owskie sklepy: z pustymi hakami i półkami zamiast towarów. Oto do czego zdołała doprowadzić.

Nowy regulamin finansowy żużlowej Ekstraligi też świetnie wygląda na papierze. Prezes Ryszard Kowalski ze swoim ludźmi napisał po prostu w paragrafie drugim regulaminu: "ustala się limit wydatków w wysokości 3.000.000 złotych netto na sezon". I już - wszystko jasne. Władze ekstraligi zadekretowały, że tyle może w ciągu sezonu wydać klub. Oszczędzi więc mnóstwo kasy. Jeżeli zechce przekroczyć tę barierę - zapłaci karę do wspólnej kasy - jak podatek zwany domiarem, którym straszyli urzędnicy w czasach PRL.

W tym samym paragrafie Ekstraliga ustaliła też, ile powinni zarabiać od kolejnego roku żużlowcy. Dużo, dużo mniej niż obecnie. Najlepsi mogą dostać od 2300 do 3200 złotych za punkt. Stawka jest kilka razy niższa niż obecne zarobki Tomasza Golloba, Grega Hancocka i jeszcze wielu innych zawodników ze światowej czołówki speedwaya startujących w Polsce.

Dwa miliony złotych na sezon - to kwota, którą zarabiali do tej pory rocznie najlepsi. Tyle trzeba było mieć na punkty i kontrakty reklamowe dla gwiazdy speedwaya w Polsce. Idąc tym tropem - przy ograniczeniach wprowadzonych na rok 2013 - wystarczyłoby na półtora zawodnika.

Prezes Kowalski firmuje te zmiany, ale nic by nie mógł zrobić bez szefów klubów ekstraligi. To oni przegłosowali nowy regulamin. Mówiąc ściślej - ośmiu z dziesięciu podniosło rękę za gospodarką nakazowo-rozdzielczą w zawodowym sporcie. Przeciwne były kluby z Tarnowa i Zielonej Góry - ale nie z powodu wrogości do PRL, lecz z poczucia własnej siły. Są obecnie najbogatsi w tym ubożejącym towarzystwie. Oszczędzać nie muszą.

Pozostałe drużyny są w większości w dramatycznej sytuacji. Speedway na naszym rynku, choć to ciągle rynek najbogatszy, niestety dogorywa. Spada frekwencja, jest coraz mniej sponsorów. Posłużmy się przykładem Polonii. Budżet bydgoskiego klubu to w tym roku 6,7 mln zł. Połowę zespół otrzyma z miasta. Zdobycie kolejnych 3 milionów to bardzo trudne zadanie. Tak, jak w Bydgoszczy, jest w innych miastach żużlowych w Polsce.

Nowy regulamin ma przynieść oszczędności - kłopot w tym, że prób ograniczania wydatków było już kilka. Prezesi się umawiali, pisali zarządzenia - i zapominali o tym w chwili, gdy trzeba było namówić do swej drużyny dobrego żużlowca. Dlatego stawki z roku na rok rosły. Obecnie stały się takim ciężarem, że mogą zatopić nasze kluby.

Bariera trzech milionów nie jest lekarstwem, który da speedwayowi w Polsce ożywczego ducha. Prezesi wymyślili ją z innej przyczyny - oni nie ufają sobie w najmniejszym stopniu. Całkiem słusznie zresztą, skoro wielokrotnie łamali słowo. Przypomnijmy okoliczności pierwszego spadku żużlowców Polonii. Wówczas także szefowie klubów umawiali się na wydatkową regułę - uwierzył w nią tylko chyba Leszek Tillinger z Polonii - zbudował oszczędnościową ekipę i zaliczył historyczny spadek z ekstraligi.

Nic nie dała też próba ratowania budżetów klubów w niższych ligach. Efekt nowych zasad i tzw. oszczędności jest następujący: I liga liczy już tylko sześć zespołów, a z II ligi wycofał się w tym sezonie KSM Krosno.

Zasada braku wzajemnego zaufania stoi więc naprawdę za obniżaniem płac dla zawodników. Ryszard Kowalski jawi się jako wielki "regulator". Pierwszą odsłonę wprowadzenia nowoczesnych standardów już przeżyliśmy. Nie ma co powtarzać wyśmianych zasad ubierania się fotoreporterów na żużlowe mecze. Ekstraliga kazała im paradować tylko w białych koszulach i czarnych spodniach, bo powinni dostojnie wyglądać na ekranach telewizorów. Życie pokazało, że absurdy przegrywają z rzeczywistością. Fotoreporterzy mają sobie słusznie za nic dziwaczne przepisy w sprawie białych koszul na żużlowym torze

W nowym regulaminie jest przepis, żeby stroje zawodników z jednej drużyny był identyczne pod względem reklam. Kontrakty reklamowe może zawierać tylko klub. -Zawodnik obwieszony jak choinka obniża wartość i ekskluzywność takiej reklamy - podkreślał w rozmowie z portalem Sportowe Fakty prezes Kowalski. To także prosta droga do absurdu. Wyobrazić sobie łatwo można, że np. pewna firma chce, żeby reklamował ją tylko Tomasz Gollob, a nie wszyscy inni słabeusze z jego zespołu. I zrezygnuje z wykupienia reklamy. Nowe wymysły spowodować mogą odpływ zniechęconych socjalistyczną urawniłowką sponsorów.

Kowalski oburza się na takie określenie - Mam wrażenie, że nie wszyscy to rozumieją - każdy klub po wprowadzeniu limitu wydatków może płacić zawodnikom tyle, na ile go stać. Nie ma tu żadnych ograniczeń, pełny wolny rynek. Jeżeli klub przekroczy limit, zapłaci po prostu opłatę do spółki, która będzie mogła te środki przeznaczyć dla klubów, które tego limitu nie przekraczają. Tak więc każdy klub rynkowo może podejść do rozmów z zawodnikami i jedynie musi do planowanego wynagrodzenia zawodnika doliczyć ewentualną opłatę za nadwyżkę poza określony limit - tłumaczy w rozmowie ze Sportowymi Faktami.

To przecież nic innego jak dodatkowy podatek, domiar rodem z PRL. Bałamutne są także porównania z NBA i równanie nowego regulaminu do salary cap, ograniczającej płace koszykarzy w amerykańskiej lidze. To całkowicie inna skala, a do tego David Stern nie nakazuje wszystkim graczom NBA reklamować tych samych produktów. LeBron James może sobie być twarzą Nike, a Dwayne Wade marki Jordana, choć obaj są podporami Miami Heat.

TRZEJ KRÓLOWIE SPORTU: PIŁKA NOŻNA, ŻUŻEL I SIATKÓWKA



Jak ratować polskie kluby żużlowe?