Jak ratować żużel w Polonii. Recepta Leszka Tillingera

Były menedżer drużyny i były prezes klubu Leszek Tillinger podpowiada, jak ratować żużel w Polonii: - Przede wszystkim trzeba się sprężyć i walczyć o szybki powrót do ekstraligi.
Leszek Tillinger pracował w Polonii od lat 80. W 2009 roku odszedł z klubu. Pełnił wówczas funkcję prezesa spółki żużlowej Polonia.

Waldemar Wojtkowiak: Co czeka teraz klub, który kończy sezon spadkiem do I ligi, długiem i niespłaconym kredytem?

Leszek Tillinger: - Sytuacja jest trudna, ale ciągle można jeszcze ją opanować. Tylko trzeba działać i to szybko. Wiem, że są różne teorie na temat tego, jak to zrobić. Słyszałem teorię, że trzeba zacząć od II ligi i jeździć wychowankami. To zupełnie bez sensu. Ta idea skończyła się w latach 80. XX wieku. Dzisiaj tego nie da się zrobić w dobie rocznych kontraktów, dużej liczby żużlowców zagranicznych. A jeśli Polonia wystartuje w II lidze, to przynajmniej przez pięć lat zostaniemy w niej, bo nikt nie da pieniędzy na klub w najniższej klasie rozgrywkowej.

Co teraz trzeba zrobić, by ratować żużel w Polonii?

- Przede wszystkim trzeba się sprężyć i walczyć o szybki powrót do ekstraklasy. Zbudować skład z myślą o awansie.

Do tego trzeba jednak dobrych zawodników i przede wszystkim pieniędzy.

- Trzeba zacząć od reorganizacji klubu. Za mojej kadencji nie było w nim zatrudnionych aż tyle osób, co obecnie. A wiadomo, że to są przecież koszta, które ponosi spółka. Oczywiście musi być nowy prezes. To powinien być człowiek, który miał już kontakt z żużlem, w różny sposób. Sprawa jego wieku nie powinna być istotna. Trzeba też całkowicie zmienić radę nadzorczą, bo ta obecna nie dawała sobie rady.

Kto powinien się w niej znaleźć?

- Powinien być tam prawnik, który zna się na prawie sportowym. Myślę, że takiego człowieka dałoby się w Bydgoszczy znaleźć. Obok niego ekonomista, który kontrolowałby finanse spółki. Do niego co miesiąc musiałby trafiać raporty finansowe spółki, by potem nie wychodziły takie niespodzianki, jak to miało miejsce w ostatnich latach. A na czele rady powinna stać osoba z dużą znajomością sportu żużlowego, mogąca rozmawiać z zawodnikami, mająca autorytet w światku żużlowym. Ona powinna znaleźć prezesa, którego wprowadziłby w świat biznesu i sponsorów. Tylko te zmiany trzeba zrobić w ciągu miesiąca, bo później zawodnicy pouciekają do innych klubów.

To wszystkie pięknie brzmi. Ale gdzie znaleźć takich ludzi? Na ostatnie konkursy na prezesa zgłosiły się osoby kompletnie nieznane w sporcie.

- Dlatego nie ma sensu robić konkursów. Takich ludzi samemu trzeba wytypować.

Pan by się podjął takiej roli?

- Cały czas w żużlu jestem. Moja osoba mocno wpłynęła na to, że Grand Prix wróciło do Bydgoszczy i być może będzie u nas nadal.

Ale sporo zebrał pan krytyki w 2009 roku po odejściu z klubu.

- Na mój temat powiedziano wiele. Było w tym dużo kłamstwa. Proszę jednak zobaczyć, co działo się z Polonią po moim odejściu. Jak kończyli kolejni prezesi. Niech każdy sobie sam odpowie na to pytanie.

Kibice jednak nie byliby zadowoleni z powrotu pana, czy np. Bogdana Sawarskiego.

- Okrągły Stół pokazał, co to za kibice. Jest ich garstka. Oni mogli przez ostatnie trzy lata pokazać, co zrobili dla klubu. Z drugiej strony, ani ja, ani panowie Sawarski, czy Lech Różycki nie musimy przecież wracać do żużla. Nic na siłę.

A może Bydgoszcz nie chce żużla. Trybuny na meczach ligowych świeciły pustkami.

- To że w ostatnich trzech latach frekwencja spada, wcale nie oznacza, że nie ma zainteresowania u nas żużlem. Za dużo było niedomówień, niesnasek i to zniechęcało ludzi do przychodzenia na stadion. To też trzeba zmienić. Należy wyjść do ludzi. Zbliżyć kibica do zawodników. Trzeba pójść z żużlowcem do zakładu pracy. Fani muszą być związani z drużyną.

Na Grand Prix też nie było kompletu.

- Nie byłem rozczarowany publicznością na Grand Prix w Bydgoszczy. Klub przecież zarobił na tej imprezie, myślę, że ponad 500 tys. złotych. To niemało, bo przecież zmieniło się finansowanie tej imprezy.

Może kibiców zniechęca przestarzały stadion?

- Kiedyś stadion był ten sam i przychodziły komplety. Pojawiły się jednak bandy dmuchane i rozpoczął się problem. Było kilka koncepcji przebudowy stadionu jeszcze za czasów prezydenta Dombrowicza. Teraz nie ma sensu porywać się już na wielkie inwestycje. Powinniśmy skupić się np. na przebudowie pierwszego łuku. Na to nasze miasto stać.

A sponsorzy? Czy są w Bydgoszczy firmy, które chciałby łożyć na żużel?

- Duże firmy są, ale nie chcą dać pieniędzy na sport. Sponsor strategiczny powinien wyłożyć od 800 tys. zł do miliona rocznie.

Skąd zatem brać pieniądze?

- Trzeba wyjść na zewnątrz, poza nasz region. Z drugiej strony, jak poparzymy jakie pieniądze w ostatnich latach spółka otrzymywała z miasta, to aż serce się kroi. Dlatego mając taką gotówkę nie udawało się zbudować silnych drużyn?

Gdyby był pan prezesem, to poddałby pan zespół na cztery kolejki przed końcem sezonu?

- To był największy błąd jaki popełniono. Myślę, że miasto wybaczyłoby prezesowi nawet ten dług, ale nie to, że się poddał. Przed niezwykle ważnym meczem z Falubazem odsunął od składu czołowych żużlowców. Gdy ja byłem prezesem, też czasem brakowało pieniędzy, ale nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy coś takiego. Owszem można było to zrobić po meczu z Falubazem, ale dopóki była szansa, trzeba było walczyć. Jak się potem okazało, szansa na utrzymanie była całkiem realna.

Jak pan się czuje, obserwując obecną sytuację Polonii już I-ligowej?

- Jest mi po prostu przykro. Żużel przez tyle lat był wizytówką Bydgoszczy, a teraz przeżywa chyba najgorszy okres w historii. Nałożyło się na to kilka spraw, które teraz pokutują.

Jakich spraw?

- Szkoda, że w 2009 roku nie pociągnięto tego co się tworzyło. Do zespołu, który zajął czwarte miejsce, chciałem dodać naprawdę dobrych zawodników. Mogliśmy wtedy walczyć nawet o mistrzostwo Polski. Tyle że po moim odejściu wszystko zamieciono do kosza. Szybko na siłę rozpoczęto budowę nowej drużyny. Zapłacono żużlowcom wielkie pieniądze i od tego czasu zaczęło się dołowanie klubu.

I żaden z trzech kolejnych prezesów nie potrafił sobie z tym poradzić

- Bo żeby sobie z tym poradzić, to trzeba znać się na żużlu. To że ktoś był menedżerem w innej branży, wcale nie znaczy, że poradzi sobie w sporcie. Po prostu trzeba mieć doświadczenie w żużlu i tyle.

Myśli pan, że konflikt, pomiędzy prezesem Deresińskim, a wiceprezesem Kanclerzem wpłynął na atmosferę w klubie?

- Na atmosferę może tak, ale nie na sponsorów, bo ci już byli w klubie. Na pewno nie podobało się to kibicom. Obaj panowie jeszcze przed sezonem popełnili za dużo błędów. Zbyt optymistycznie podchodzili do założeń sportowych. Nie było prawdą, że w ciągu dziesięciu dni zbudowali zespół. Rozmowy prowadzone były już dużo wcześniej. Drużyna była niezła, ale nie trzeba było opowiadać o środku tabeli, albo o play-offach. Nie trzeba było tak optymistycznie podchodzić do założeń budżetowych. Przecież wiadomo, że w sezonie wiele może się zdarzyć.

Jak pan zbudowałby budżet klubu na przyszły sezon?

- To nie moja rola. Mogę tylko gdybać. Ale jeśli miasto przekazałoby kwotę zapisaną w umowie [3,5 mln zł - przyp. red.], do tego ok. miliona byłoby z wpływów od sponsorów i biletów. Podobną kwotę klub mógłby zarobić na imprezach międzynarodowych, które mogą się u nas odbyć. Z takim budżetem można walczyć o ekstraligę. Ale jest też pesymistyczny scenariusz. Jeśli okaże się, że klub zadłużony jest na ponad milion, plus jeszcze kredyt, to raczej nie wyciągnie się z I ligi.

Dopuszcza pan możliwość, że Polonia zniknie?

- Nie. To niemożliwe!

Co teraz zrobić z Polonią?