Klęska zagląda w oczy. Czy dziś będzie w końcu medal?

Miało być pięknie jak nigdy, a medal jest ciągle tylko jeden. Bydgoscy sportowcy przegrywają kolejne szanse na sukces w igrzyskach w Londynie. Beacie Mikołajczyk zabrakło do brązu 0,208 sekundy
Jesteś kibicem z Bydgoszczy? Dołącz do nas na Facebooku Sport.pl Bydgoszcz »

Jej klubowy trener z UKS Kopernik Wiesław Rakowski oglądał finałowy wyścig na telebimie na Wyspie Młyńskiej. Razem z młodymi zawodniczkami klubu ściskał kciuki za medal swej wychowanki. Na Wyspę Młyńską nie zdecydowali się przyjść rodzice zawodniczki. Henryka i Sławomir Mikołajczykowie oglądali występ córki w domu. - Za bardzo się denerwują - tłumaczy Rakowski.

Mikołajczyk siedzi w czwórce jako ostatnia. Przed nią są Karolina Naja z Gorzowa, Aneta Konieczna z Poznania i kaliszanka Marta Walczykiewicz. Od startu o medale ścigały się cztery osady: z Białorusi, Węgier, Niemiec i Polski. Od samego początku wyścigu, niestety, na tym czwartym miejscu zawsze płynęły Polki. I tak zostało do mety. Białorusinki, które zdobyły brązowe medale, były na mecie szybsze o 0,208 sekundy.

Tak samo Mikołajczyk zakończyła start w K-4 przed czterema laty podczas igrzysk w Pekinie. Wówczas tylko różnica do brązu była mniejsza - tylko 0,048 sekundy. - Trochę zbyt wolny był start. Białorusinki szybko wyrwały do przodu. Zdobyły pewną przewagę. Długo były pierwsze. Dystans jest tak krótki, że nie dało się tego nadrobić - tłumaczy Rakowski.

Finał K-4 nie był na szczęście ostatnią szansą kajakarki UKS Kopernik na medal. Dziś startuje jeszcze w dwójce na dystansie 500 metrów. Jeśli historia lubi się powtarzać, Mikołajczyk zdobędzie w tej konkurencji medal, bo tak się właśnie zdarzyło w Pekinie. Została wicemistrzynią olimpijską. W Londynie płynie tylko z inną partnerką. Zamiast Koniecznej jest Naja.

Rakowski jest ostrożny w ocenie szans swej podopiecznej: - Powiem szczerze, sądziłem, że łatwiej o medal będzie w czwórce. W dwójce chyba jest trudniej.

Finał dwójki o 11.35.

W piątek wieczorem skacze po medal tyczkarz Łukasz Michalski. W środę smutek i radość niemal po równo zmieszały się na stadionie lekkoatletycznym. Eliminacje skoku o tyczce pomyślnie przeszedł Michalski (Zawisza). Nie udało się to mistrzowi świata Pawłowi Wojciechowskiemu. Zaryzykował wyprawę na igrzyska mimo braku minimum, z dziką kartą. W środę nie pokonał pierwszej wysokości - a to było tylko 5,35 m

A 5,35 to aż 56 centymetrów mniej niż wynosi rekord życiowy lekkoatlety Zawiszy. Skoczył go niemal dokładnie rok temu - 15 sierpnia w Szczecinie. 5,35 to także 55 centymetrów mniej niż Wojciechowski uzyskał, kiedy zdobywał złoty medal w mistrzostwach świata w Daegu 2011. I 27 centymetrów słabiej niż jego najlepszy tegoroczny wynik. 5,62 m skoczył na początku czerwca w mityngu Bydgoszcz Cup.

Wszystkie problemy Wojciechowskiego wynikają z serii kontuzji, z jakimi musiał walczyć mistrz świata. W grudniu ub. roku miał złamaną kość jarzmową, a miesiąc przed olimpiadą naderwał mięsień dwugłowy. Według Romana Dakiniewicza, pierwszego trenera Wojciechowskiego, tej drugiej kontuzji można było uniknąć.

- Niepotrzebnie PZLA kazał Pawłowi ścigać się po minimum. Pojechał po to na mityng do Oslo. Tam było zimno i stąd ten kłopot z mięśniem dwugłowym - wyjaśnia Dakiniewicz.

- Podjąłem walkę. Gdybym nie spróbował wystartować, to nie mógłbym sobie potem spojrzeć w oczy. Może, jak Łukasz zdobędzie medal, da mi go dotknąć - mówi Wojciechowski. Michalski skoczył 5,60 m i jako ósmy zawodnik wszedł do piątkowego finału. W MŚ w Daegu zajął czwartą pozycję. O miejsce na podium będzie mu bardzo trudno