Koniec igrzysk: Siemionowski skacze z Big Bena do Tamizy

- Chyba skoczę z Big Bena prosto do Tamizy - mówił rozgoryczony porażką w półfinale igrzysk kajakarz Piotr Siemionowski. Jego medal miał dziś być pięknym zwieńczeniem olimpijskich emocji dla kibiców w Bydgoszczy. Została mu jedynie nic niewarta walka o dziewiąte miejsce. A dla nas olimpiada skończyła się szybciej, niż myśleliśmy


Dwa brązowe medale, które wcześniej zdobyły sportsmenki z Bydgoszczy, były dziełem specjalistek sportów wodnych: wioślarki Magdaleny Fularczyk i kajakarki Beaty Mikołajczyk. Znacznie mocniejszym pewniakiem niż one do medalu był jednak Piotr Siemionowski z Zawiszy w kajakowym sprincie. Marzyło się nam nawet złoto - wtedy stolica województwa mogłaby śmiało w oczy spojrzeć 4-tysięcznej Mroczy, której mieszkańcy w piątek wieczorem hucznie witali złotego medalistę w podnoszeniu ciężarów, swego krajana - Adriana Zielińskiego.

Siemionowski rano bez wysiłku przeszedł eliminacje. Tak samo łatwo powinien w piątkowe południe popłynąć w półfinale. Eliminacyjne sito wcale nie było gęste - startowało ośmiu kajakarzy, a czterech pierwszych awansowało do zaplanowanego w sobotę finału.

Na dystansie 200 metrów nie ma czasu na odrabianie strat, aby odnosić sukces, trzeba płynąć szybko od startu do mety. Siemionowski był wolny na początku dystansu. Tracił także kolejne centymetry na finiszu - to było najdziwniejsze, bo umiejętność utrzymania szybkiego wiosłowania na drugiej setce zawsze była jego najmocniejszą stroną. W Londynie przegrał w końcówce nawet z Litwinem. Zajął dopiero szóste miejsce.

- Zawiodłem kibiców, samego siebie. Nie wiem, co się stało. Chyba skoczę z Big Bena do Tamizy - mówił rozgoryczony porażką kajakarz Zawiszy po olimpijskim półfinale - Co czuję? Niesmak, złość, szok i rozczarowanie.

Jakie są przyczyny sportowej klęski Siemionowskiego, nie wie ani sam zawodnik, ani jego trener, Mariusz Słowiński. - W eliminacjach nie było źle. Czas był w granicach 35 sekund, a więc nieźle. Półfinał całkowicie nie wyszedł. Czas słaby, powyżej 36 sekund. Mięśnie nie słuchały głowy. Nawet nie chodzi o sam moment startu, ale później na dystansie brakowało czucia wody i szybkiego pływania, żeby odrabiać straty - mówi szkoleniowiec.

- Nic nie wskazywało na to, że coś złego może się wydarzyć. Przedbieg mnie jeszcze dodatkowo uspokoił, bo tak naprawdę mocno płynąłem tylko sto metrów, resztę dystansu "wypuściłem" i dopłynąłem pewnie na drugim miejscu - dodaje Siemionowski, który także nie zrzucał winy na kontuzjowaną dłoń, przez którą nie przepracował w pełni sezonu.

Usprawiedliwień nie szukał również trener Słowiński. - Daliśmy ciała. Nie tak miało być. Jesteśmy świadomi, że zawiedliśmy. Walka o dziewiąte miejsce nie zadowala.

Tylko bowiem to pozostało dziś bydgoskiemu kajakarzowi, który w ubiegłym roku był mistrzem świata i Europy na dystansie 200 metrów. W finale B na 200 m popłynie także kanadyjkarz Zawiszy Piotr Kuleta - on jednak od początku nie był naszą medalową nadzieją.

Wieczorem zakończyli starty w Londynie bydgoscy lekkoatleci - bez medalu. Tyczkarz Łukasz Michalski skoczył w finale tylko 5,50 m. Był jedenasty. Bydgoszczanie byli też w obu polskich sztafetach: Baumgart (BKS) w 4 razy 400 m i Dariusz Kuć (Zawisza) w biegu 4 razy 100 metrów. Panie nie awansowały do finału. Panom także się nie udało.

Jak krótko ocenić występ bydgoskich sportowców w Londynie?