Sport.pl

Marcin Dołęga będzie nadal dźwigał ciężary

Po klęsce na igrzyskach w Londynie nie zrezygnuje z podnoszenia ciężarów. - Muszę się odwdzięczyć ludziom, którzy się ode mnie nie odwrócili po porażce w Londynie - mówi jeden z największych przegranych polskiej reprezentacji
Jesteś kibicem z Bydgoszczy? Dołącz do nas na Facebooku Sport.pl Bydgoszcz »

Murowany faworyt w kategorii do 105 kilogramów stracił jedyną pewnie w życiu okazję do zdobycia złotego medalu igrzysk. Był najbardziej rozgoryczonym z polskich sportowców, którzy startowali w Londynie. Od razu po nieudanym starcie trzykrotny mistrz świata zamierzał nawet zrezygnować z ciężarów. W czwartek oficjalnie ogłosi swą decyzję. W rozmowie z bydgoszcz.sport.pl odsłania jednak sekret swej decyzji.



Wojciech Borakiewicz: Pamięta pan te chwile na olimpijskim pomoście po trzecim nieudanym podejściu w rwaniu? Spojrzał pan z niedowierzaniem na sztangę, która znowu spadła, i lekko w nią uderzył ręką...

Marcin Dołęga: Nie bardzo, a jeszcze nie oglądałem nagrania tych spalonych prób, choć kilka razy mnie korciło. Byłem przed komputerem, ale nie dałem rady. Jest jeszcze za wcześnie. Trudno mi o tym w ogóle mówić. Nawet teraz, kiedy o tym opowiadam, jest mi bardzo ciężko. O Londynie z pewnością nie zapomnę do końca życia. Szukam sobie teraz różnych zajęć w domu. To mi pomaga.

Utrata szansy na zdobycie olimpijskiego medalu i sportowej sławy boli bardzo. Stracił pan jednak także sporo pieniędzy, bo nagroda za złoto wynosiła 120 tys. złotych.

- Nie zostałem sklasyfikowany, więc tracę także stypendium. Zdawałem sobie z tego od razu sprawę.

To też kilka tysięcy złotych miesięcznie...

- Podnoszenie ciężarów jest na marginesie zainteresowania mediów. Dziennikarze też się interesują naszym sportem mniej więcej raz na cztery lata, podczas igrzysk olimpijskich. Nie dźwigam dla pieniędzy, zresztą w porównaniu z innymi sportowcami, nie mówię już o zarobkach piłkarzy, nie ma nawet o czym mówić. Robię to dla siebie; robię, bo lubię. Nie może być przecież inaczej, skoro to tak ciężki sport. Wiadomo jednak, że pieniądze są potrzebne do życia. Trzeba utrzymać rodzinę.

Jak pan to teraz zrobi?

- Jestem zawodnikiem Zawiszy Bydgoszcz i zawodowym żołnierzem wojskowej grupy sportowej. Mam więc ten etat [ok. 2,5 tys. złotych - red.]. Dopóki będę dźwigał na odpowiednim poziomie. Jest też ciężarowa Bundesliga, w której można wystartować. Są sposoby, żeby zarobić dodatkowe pieniądze, nawet w podnoszeniu ciężarów

Z panem jest inaczej. Miał pan umowę z firmą Acer.

- I jestem w szoku, że po tym, co się stało w Londynie, nadal chcą ze mną współpracować. Podpisałem umowę w lutym tego roku i będzie kontynuowana. Ludzie nie odwrócili się ode mnie.

Może to dlatego, że nie bał się pan mówić o swej porażce całkiem szczerze. Przyszedł pan na spotkanie z olimpijczykami do bydgoskiego ratusza mimo klęski. Sportowcy z bydgoskich klubów dostawali nagrody, a pan - okulary przeciwsłoneczne.

- Żeby lepiej spojrzeć na przyszłość. Przydadzą mi się. Postanowiłem inaczej podejść do sportu.

W czwartek chciał pan ogłosić, czy mimo klęski w Londynie nadal będzie pan dźwigał. Z naszej rozmowy wynika jednak, że zostaje pan przy ciężarach.



Jak oceniasz decyzję Marcina Dołęgi?
Więcej o: