Sport.pl

Właściciel klubu: działalność PZPN to jak impreza na Titanicu

Radosław Osuch, piłkarski menedżer, jest właścicielem bydgoskiego Zawiszy. Chce z tym klubem awansować do ekstraklasy. - Z prowadzenia Zawiszy teraz nie da się wygodnie żyć. Gdyby Zawisza awansował do ekstraklasy, poprawiłaby się sytuacja finansowa klubu, ale także i moja. Otrzymywałbym wówczas należytą pensję jako właściciel - mówi Osuch


W ciągu ostatniego roku, od kiedy kupił od miasta Zawiszę, Radosław Osuch stał się osobą niezwykle popularną w Bydgoszczy. Przed stadionem co chwila wita się z kibicami, podaje im rękę. Gdy pytają go o wynik, odpowiada krótko: - Wygramy.

Właściciel Zawiszy ma 43-lata, jest poznaniakiem i ma średnie wykształcenie. W młodości próbował nawet zostać sportowcem, tyle że nie piłkarzem, a tenisistą. Przez kilka lat właśnie w tej dyscyplinie reprezentował barwy Warty.

Na spotkanie ze mną przyszedł w luźnej koszuli. Nie przypomina właścicieli klubów piłkarskich, którzy paradują po stadionie w elegancko skrojonych granatowych garniturach.

- Ja lubię luz. Taki już jestem - mówi o sobie właściciel Zawiszy. - Kocham życie, piękne kobiety, szybkie samochody - dodaje. Do tej listy można też dodać zegarki, do których ma ogromną słabość. - Mam ich chyba ze dwadzieścia - odpowiada, pytany o ich liczbę.

Ale najważniejszą pasją Radosława Osucha jest piłka nożna, a właściwie Zawisza. - Ten klub całkowicie mnie pochłania. Bardzo emocjonalnie się w to zaangażowałem. To jest jak narkotyk. Teraz rozumiem Zbigniewa Drzymałę [były właściciel Groclinu Grodzisk Wielkopolski - przyp. red.], który płakał, gdy rozstawał się z futbolem. Piłka wciąga jak hazard - mówi Osuch.

Od ubrań po części samochodowe

Swój pierwszy biznes założył w rodzinnym Poznaniu. Gdy skończył się PRL i zaczynał kapitalizm, razem z żoną otworzył kilka sklepów odzieżowych. Interes był dochodowy, ale wkrótce Radosław Osuch miał już nowy pomysł. W połowie lat 90. został jednym z największych w Polsce północnej dostawców części do japońskich samochodów.

- Zarabiało się wtedy naprawdę dobrze. Po części jeździłem do Bremenhaven. W tej branży można było się wtedy szybko wzbogacić, bo wówczas nie było jeszcze tylu dilerów samochodowych, co teraz - wspomina złote czasy.

Kolejny biznes związany był z rodzącą się właśnie w naszym kraju branżą internetową.

- Połączyliśmy cztery firmy z całej Polski w jedną i weszliśmy na giełdę. To był naprawdę sukces - mówi, nie kryjąc dumy.

I choć zarobił w ten sposób spore pieniądze, to do dziś o internecie ma jak najgorszą opinię.

- Ma tylko jedną zaletę. Jest największą biblioteką świata. I to koniec plusów - uważa.

Jego zdaniem internet wyrządza młodym ludziom wielką krzywdę. I to nie tylko przez treści, jakie można tam znaleźć. - Chodzi mi przede wszystkim o relacje między ludźmi. Kiedyś młodzież spotykała się na żywo, na prywatkach, a teraz zamyka się świecie komunikatorów, jak chociażby Facebook. Np. gry komputerowe za kilka lat będą olbrzymim problemem cywilizacyjnym - ubolewa.

Sprzedał Boruca i Dudkę

Do piłki nożnej trafił dziewięć lat temu przez przypadek. - To zasługa Tomka Jarzębowskiego, byłego zawodnika m.in. warszawskiej Legii. Kiedyś pojechaliśmy nawet na wspólne wakacje. Właśnie wtedy namówił mnie na pracę menedżera piłki nożnej. Potrafię porozumieć się w pięciu językach, zawsze interesowałem się piłką. Pomyślałem sobie, dlaczego nie? - wspomina okoliczności swojego wejścia do branży.

Bardzo szybko zaczął piąć się w hierarchii. W pewnym momencie miał już w swojej piłkarskiej "stajni" 17 reprezentantów Polski.

- I to w dodatku sam ich wyszukałem. Gdy zostawałem ich menedżerem, nie byli jeszcze członkami kadry - chwali się Osuch. W sumie przez osiem lat przeprowadził 170 transferów. Te najbardziej spektakularne?

- Było ich kilka. Sprzedaż Artura Boruca do Celticu Glasgow, Dariusza Dudki do Auxerre, Grzegorza Sandomierskiego do Genk, czy Pawła Strąka do austriackiego SV Reid - wylicza.

Razem z nim firmę zajmującą się prowadzeniem transferów zakładał Szymon Pacanowski.

Jak ocenia tę współpracę?

- Spędzaliśmy czasem ze sobą po 20 godzin na dobę. Różnie bywało, ale ogólnie moja ocena Radka Osucha jest bardzo pozytywna. To barwna postać, która wniosła sporo kolorytu po polskiej piłki - mówi Pacanowski.

Osuch ostatni transfer przeprowadził rok temu. Od tego czasu, jak sam twierdzi, całkowicie pochłania go Zawisza.

Mówi, co myśli

W Bydgoszczy nikomu nieznanego Radosława Osucha wypromował Jacek Masiota. Ten 37-letni prawnik z Poznania to wschodząca gwiazda polskiego futbolu. Obecnie zasiada w zarządzie PZPN. Jest też poważnym kandydatem do zastąpienia Grzegorza Laty na stanowisku prezesa związku. Był przewodniczącym rady nadzorczej Zawiszy, więc władze miasta zwróciły się do niego z prośbą o wybranie inwestora.

- Oferta Osucha była najbardziej konkretna, dlatego też poleciłem go władzom Bydgoszczy - mówi Masiota. Do dziś uważa, że to była dobra decyzja. - On na pewno nie jest politykiem i to jest jego zaleta. Mówi to, co myśli, a mimo to w świecie futbolowym jest dobrze postrzegany - mówi.

Sam Osuch jest dumny ze swoich rozlicznych kontaktów ze światem futbolu. - Znam prawie wszystkich prezesów ligowych w Polsce. Zawsze się z nimi dogadywałem i byłem wobec nich fair - mówi.

Ale to przekonanie jest trochę na wyrost.

Komu i za co podpadł?

Cezary Kulesza, współwłaściciel i prezes zarządu Jagiellonii Białystok mówi wprost, że nie przepada za właścicielem Zawiszy. - Nie dotrzymuje danego słowa. Więcej wolałbym nie mówić. Ja z tym panem już nie utrzymuję żadnych kontaktów - rzuca do słuchawki.

Także działacze sportowi w ocenie Osucha są mocno podzieleni, podobnie zresztą, jak członkowie Polskiego Związku Piłki Nożnej.

- To trudny człowiek do współpracy, bo wszędzie wietrzy spiski przeciwko sobie - mówi anonimowo jeden z działaczy.

O Osuchu głośno w Polsce zrobiło się już 2008 r., kiedy to na jednym z portali internetowych oskarżył ówczesnego trenera reprezentacji Polski Leo Beenhakkera o handlowanie piłkarzami.

"Cała Polska fachowców siedzących głęboko w temacie aż huczy i jest to tajemnicą poliszynela, że Leo Beenhakker ze swoim przydupasem de Zeeuwem zajmują się handlem żywym towarem, a nas i nasz kraj mają głęboko w dupie" - pisał na jednym z portali internetowych Osuch. Beenhakker wytoczył mu za to proces. Domagał się przeprosin. Ale Osuch, jak sam twierdzi, zamiast przeprosić, wolał zapłacić wysoką karę.

Bogusław Kaczmarek, jeden z asystentów Beenhakkera, także oskarżany przez właściciela Zawiszy, natychmiast ucina rozmowę, gdy pytamy go o tę sprawę.

- Proszę mi wybaczyć, ale na temat tego człowieka nie chcę rozmawiać - mówi.

Osuch, pomimo wyroku sądu, do dziś trwa przy swoich racjach i dostaje gęsiej skóry, gdy słyszy nazwisko Beenhakker.

- W kadrze Beenhakkera miałem kilku piłkarzy. Nagle wszyscy oni po kolei przestawali się do mnie odzywać. Dowiedziałem się, że w naszej reprezentacji są ludzie, którzy namawiali piłkarzy, by ci zrezygnowali z moich usług. Czy to było w porządku, że trener kadry tolerował taki proceder? - pyta.

Cel życiowy - ekstraklasa

Jego plany na przyszłość związane są z Zawiszą. - Nie jestem ani Bogusławem Cupiałem, ani też Józefem Wojciechowskim. Nie wpakowałem w piłkę 100 milionów złotych. Na razie wydałem około trzech. To są pieniądze, które w przeszłości zarobiłem - mówi.

A tu możesz wygrać karnet na mecze Zawiszy

Dziś żyje głównie z oszczędności. Jego żona Anita, która pełni funkcję prezesa klubu, prowadzi biuro turystyczne. Mieszkają oboje w Poznaniu. Gdy przyjeżdżają do Bydgoszczy, zatrzymują się w wynajętym mieszkaniu.

- Z prowadzenia Zawiszy teraz nie da się wygodnie żyć. Gdyby Zawisza awansował do ekstraklasy, poprawiłaby się sytuacja finansowa klubu, ale także i moja. Otrzymywałbym wówczas należytą pensję jako właściciel - nie ukrywa. - W ekstraklasie od samych sponsorów klub ma minimum 5,5 mln zł. W I lidze tylko 55 tys. zł.

A co, jeśli nie spełni się marzenie o ekstraklasie?

- Jeśli to nie uda, będę zmuszony sprzedać klub, ale mam nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie - dodaje. - Na PZPN nie można liczyć. Działalność związku wygląda jak impreza na Titanicu, który tonie, a panowie działacze się doskonale bawią - kończy.

Więcej o: