Polski biegacz ściga Frodo Bagginsa. Meta w Moskwie

Stanąć na podium mistrzostw świata w Moskwie - to cel na ten rok dla Marcina Lewandowskiego. Na poprzednich mistrzostwach świata w Daegu biegacz Zawiszy Bydgoszcz był czwarty. Medalowej formy szukał w Nowej Zelandii - w miejscach, które były filmową krainą Mordor.
Jesteś kibicem z Bydgoszczy? Dyskutuj i dołącz do nas na Facebooku Sport.pl Bydgoszcz »

W 2010 roku Lewandowski zdobył w Barcelonie złoty medal mistrzostw Europy. Rok później w finale 800 metrów w MŚ zajął świetne czwarte miejsce. Na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie mu nie poszło. Nie pobiegł w finale. Zimą poszukał więc nowego miejsca do trenowania. Wybrał Nową Zelandię - miejsca, które we "Władcy pierścieni" grały Mordor - krainę Saurona, przez którą wędrował Frodo Baggins ze swym przyjacielem, Samem Gangeem.



Wojciech Borakiewicz: Orodruina to...

Marcin Lewandowski: Góra Przeznaczenia oczywiście, w której Sauron wykuł pierścień, zniszczony następnie przez Frodo Bagginsa

Zapytałem o to, bo wiem, że lubi pan film Petera Jacksona.

- Byłem na nim chyba z pięć razy. Góra Ngauruhoe, w pobliżu której trenowaliśmy w Nowej Zelandii "gra" w filmie w pewnych scenach Orodruinę. Mieszkaliśmy w miejscowości National Park, mniej więcej 5 kilometrów od niej. Krótko przed naszym przyjazdem wulkan Ngauruhoe, ciągle czynny, nawet się obudził. Nie było jednak żadnego zagrożenia.

Sauron wykuł w wulkanie pierścień, a pan, wspólnie z bratem i trenerem, Tomaszem, chcieliście wykuć formę na medal.

- Zdecydowaliśmy się na Nową Zelandię z kilku powodów. Zaczęło się od rozmów z Anią Jesień, która często tam wyjeżdżała i gorąco polecała zgrupowanie w tej części świata. Spędziła w Nowej Zelandii wiele czasu i wracała w doskonałej dyspozycji pod każdym względem: mentalnie, fizycznie i psychicznie. Odważyliśmy się więc i my jechać na antypody, żeby zbudować formę na nowy, poolimpijski sezon. Zimą w tym czasie najważniejsze jest ciepełko. Tego akurat w Nowej Zelandii nie brakuje. Rozpoczęło się akurat lato. Pogoda była znakomita, bez wielkich upałów, więc aura doskonała do trenowania.

Dwa lata z rzędu wybierał pan wcześniej treningi w Kenii.

- Postanowiliśmy, że potrzebna jest zmiana. Po Kenii przyszła Nowa Zelandia, żeby nie było monotonii. W Afryce byłem już kilka razy i poznałem wszystko od podszewki. Taka odmiana jest potrzebna dla psychiki, żeby głowa lepiej pracowała podczas treningów. Nikt nie lubi monotonii.

W tym przypadku zdecydował się pan jednak na dużą odmianę.

- Najważniejsze, że inna była ścieżka biegowa, miejsca, które przemierzałem przez wiele dni. To przynosi więcej świeżości. Zrobiłem tam świetną robotę treningową, lepszą nawet niż się spodziewałem. Mój organizm z roku na rok jest coraz mocniejszy. Tak go czuję. Od razu na starcie do sezonu rozpoczynam z wyższego pułapu. Widać, dzięki oczywiście badaniom, w jakim miejscu organizm się znajduje. I jak na dłoni obserwować można, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Warunki w Nowej Zelandii były lepsze niż w Kenii?

- Do samego treningu może nie okazały się tak istotnie lepsze. Kenia i jej płaskowyż to jednak niesamowite miejsce, gdzie wychowują się, nie przez przypadek, najlepsi średniodystansowcy świata. Tam jest wspaniały teren do biegania. W Nowej Zelandii nie ćwiczyliśmy na takiej wysokości, jaka jest w Kenii, ale było bardzo dużo górek. Pierwsze dwa tygodnie mieszkaliśmy w National Park, w sąsiedztwie góry, która była ważnym tłem podczas realizacji "Władcy pierścieni". Cecha charakterystyczna tego terenu to mnóstwo pagórków. Robiłem więc swoje kilometry, 20 do 30 dziennie, a niejako przy okazji nabijałem naturalną siłę biegową. Kolejne dwa tygodnie mieszkaliśmy w miejscowości Wanaka, nad pięknym jeziorem. Tam było już dość płasko. Wówczas skupiałem się na szybkości.

Jakie są pańskie dalsze plany?

- 5 stycznia uciekam na kolejny obóz, tym razem do Afryki. Będziemy w RPA. Nie chcę robić specjalnego szczytu formy w sezonie halowym, bo najważniejszą imprezą są latem Mistrzostwa Świata w Moskwie. Jeśli jednak zdrowie i forma dopiszą, chcę wystartować w halowych mistrzostwach Europy. Na razie noga podaje i miejmy nadzieję, że tak pozostanie.

Mistrzostwa Świata w Moskwie to jeszcze odległy termin, ale planować trzeba. Marzy pan o poprawieniu miejsca z poprzednich MŚ, a to oznaczałoby już medal.

- To cel numer jeden. Sport jest piękny pod tym względem, że co roku mamy nowe rozdanie kart. Nie oglądamy się na życiówki, osiągnięcia, tylko liczy się to, co każdy potrafi zrobić tu i teraz. Stajemy znowu na jednej linii i zaczynamy od nowa. Wierzę, że mogę wygrywać z Afrykańczykami. Czwarte miejsce w Daegu udowadnia to najlepiej. Brakowało mi 0.15 sekundy do zdobycia medalu. Na 800 metrów to właściwie nic. Tyle co zła reakcja startowa.