Herold Goulon: Chcę grać. To jest najważniejsze

- Miałem dużo telefonów, propozycji. Pieniądze nie były ważne, chodziło tylko o to, żeby grać. Wiem, że Zawisza po 19 latach awansował do ekstraklasy i ma dużo kibiców. W dodatku trener Ryszard Tarasiewicz mówi po francusku, to bardzo ważne - mówi Herold Goulon, nowy piłkarz bydgoskiego Zawiszy.
Jesteś kibicem i jesteś z Bydgoszczy? Musisz zostać fanem Facebooka Sport.pl Bydgoszcz »

Remigiusz Jaskot: Poprzednie ligowe spotkanie zagrał pan w Doncaster, w sylwestra 2011 roku.

Herold Goulon: Tak bywa w tym zawodzie. Trzeba być gotowym na wszystko. To był trudny okres, ale liczyłem się z tym.

Jest pan gotowy na 90 minut?

- Już w sobotę? To zależy od tempa meczu. Mogę zagrać przynajmniej 75-80 minut.

Trzy lata spędził pan w słynnej akademii Clairefontaine. Trudno się tam dostać?

- Przesiew jest bardzo duży. Można powiedzieć, że to elitarna szkółka, trzeba przejść masę testów. Mnie się udało. Nauczyłem się tam bardzo dużo. W Clairefontaine wszystko skoncentrowane jest na piłce. Przed południem chodziliśmy do szkoły, kończyliśmy wcześniej niż inni i codziennie trenowaliśmy. Chodziło głównie o technikę, zajęć ściśle fizycznych było niewiele.

Pana przyjacielem ze szkółki jest Hatem Ben Arfa. Z kim jeszcze tam pan grał?

- Abou Diaby jest teraz piłkarzem Arsenalu, Blaise Matuidi gra w Paris Saint-Germain, Loic Rémy w Queens Park Rangers, Mehdi Benatia, który właśnie trafił do Romy. Z mojego pokolenia wielu zawodników zrobiło kariery.

Wydawało się, że i pan ją zrobi, trafiając do Olympique Lyon. Tyle że zagrał pan tam zaledwie trzy mecze.

- To nie był mój najlepszy okres. Kiedy trafiłem do Lyon, zrobiono ze mnie napastnika, a w Clairefontaine grałem jako obrońca. Nie rozumiałem, czemu wymagali ode mnie bramek, nie potrafiłem ich strzelać. Wtedy nie byłem tak wysoki jak teraz, ale i tak nic z tego nie wychodziło. W dodatku w ataku grały przyszłe gwiazdy - Ben Arfa i Karim Benzema. Zacząłem grać jako defensywny pomocnik.

Ale kiedy miał pan 18 lat, nadeszła dobra oferta zawodowego kontraktu z Middlesbrough.

- To była wielka szansa. Middlesbrough było wtedy w okolicach 10-12. miejsca w Premier League. Dawali szansę młodym piłkarzom, bardzo na to liczyłem. Ale szybko zmieniono trenera i nie mogłem się przebić. Szczerze mówiąc, nie byłem gotowy na takie wyzwanie. Nie trenowałem tak ciężko jak powinienem. Zrozumiałem to dopiero później i teraz żałuję.

Le Mans było najlepszym okresem w karierze?

- Szybko wywalczyłem sobie miejsce w składzie i grałem dobrze. Wyrobiłem sobie nazwisko w lidze. Chciałem zostać we Francji i iść w górę. Kiedy Le Mans spadło, miałem szansę zagrać w wielkim klubie - PSG, Marsylii czy Lille. Wiedziałem, że są zainteresowani, ale nic z tego nie wyszło. Nie wiem dlaczego. Moim zadaniem jest gra, resztą zajmuje się agent. Zrobiło się późno, był już wrzesień. Miałem do wyboru West Ham i Blackburn Rovers i podpisałem umowę z Blackburn. Nie żałuję tego.

Ludzie z Le Mans mówią, że wybrał pan pieniądze w Anglii zamiast zostać i dalej rozwijać się we Francji.

- (śmiech ) Widzę, że znają moje życie lepiej niż ja. Może gdybym podpisał kontrakt z klubem z Kataru albo Chin, to byłby to dobry komentarz, ale zespół z Premier League? Lubię pieniądze jak każdy, ale one nie są najważniejsze.

Jak ocenia pan pobyt w Blackburn? Dwa lata, cztery mecze.

- Tak, znowu to samo. To był ciężki okres. Na początku wszystko szło dobrze, ale znowu zmienił się trener, Sam Allardyce został zwolniony. Steve Kean nie widział mnie w swoich planach i nie grałem. Poszedłem na wypożyczenie do Doncaster, pograłem tam dwa miesiące, wróciłem do Blackburn i dokończyłem kontrakt. Mogłem go przedłużyć o rok, ale nie chciałem.

Uważa pan, że był lepszy od niektórych graczy w Blackburn?

- Tak, ale o tym, kto występuje na boisku, nie zawsze decydują tylko umiejętności. Czasem to też polityka. Stało się, nie chcę mówić więcej.

Fani mówili, że przychodzi nowy Patrik Vieira.

- To tylko podobieństwo fizyczne. Jestem wysokim, czarnoskórym, francuskim defensywnym pomocnikiem. Oczywiście piłkarsko bardzo mi do niego daleko.

Jako młody piłkarz miał pan konflikt z prawem.

- Co masz na myśli?

Osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu za stosowanie przemocy wobec swojej dziewczyny.

- (śmiech ) Wiesz, że nic nie powiem na ten temat. To moje życie prywatne, bez związku z futbolem. Czasami jestem pytany na przykład o mój ulubiony film, ale to co innego. Bez komentarza.

Wróćmy zatem do piłki. Sporo najeździł się pan po Europie. Nantes, Köln, Rayo Vallecano, Metz. Ile było tych testów?

- (śmiech ) Sporo, sporo. Akurat w Metz tylko trenowałem, żeby dojść do formy, a w Rayo Vallecano miałem problemy z kolanem. Ale tych testów było pewnie z 10. W kolanie odczuwam pewien dyskomfort, ale nie mam żadnych problemów z treningami, teraz czuję się bardzo dobrze.

Przychodzi oferta z Polski. Pierwsza myśl?

- Miałem dużo telefonów, propozycji. Pieniądze nie były ważne, chodziło tylko o to, żeby grać. Wiem, że Zawisza po 19 latach awansował do ekstraklasy i ma dużo kibiców. W dodatku trener Ryszard Tarasiewicz mówi po francusku, to bardzo ważne. Znam też angielski, ale kontakt z trenerem jest istotny.

Znajomi pytają, dlaczego akurat wybrał pan nasz kraj?

- Tak. Odpowiadam, że dlaczego nie? Nie słyszę kontrargumentów. Chcę grać, to najważniejsze. O Polsce wiem niewiele. Widziałem Euro 2012, jestem pozytywnie nastawiony. Nie widziałem meczów polskiej ligi. Ale szczerze mówiąc, spotkań z Francji też nie oglądam.

Tylko Premier League?

- Tak, siadam w weekend na kanapie i oglądam. To najlepsza liga świata. Kocham ją.

Rozmawiał Remigiusz Jaskot