Na stadionie 50 tys. ludzi. A premia wystarczyła na rower

Po meczu z Górnikiem Zabrze do szatni wszedł kierownik bydgoskiego Zawiszy z walizką pełną pieniędzy. Zebrał je prosto ze stadionowych kas. Było tego sporo, bo przyszło około 50 tysięcy ludzi. - Ta premia wystarczała na dobry rower - mówi Adam Kuryło, piłkarz, który 36 lat temu strzelił gola w bydgoskim meczu-legendzie
Opowieść o spotkaniu z zespołem z Zabrza wśród bydgoskich kibiców meczu nadal budzi dreszcze - choć pochodzi sprzed niemal czterdziestu laty. 31 sierpnia 1977 roku Zawisza zremisował z Górnikiem 1:1. Tego dnia na stadion w naszym mieście przyszła rekordowa liczba widzów - około 50 tysięcy. Dziś - to już tylko marzenie.

- Sami nie wiemy, ilu ich było, bo nikt tego nie policzył. Po meczu mówiliśmy między sobą, że nawet z 50 tysięcy. Teraz to zupełnie niemożliwe - opowiada napastnik Zawiszy, Adam Kuryło.

Dwa ważne gole

Dla niego rok 1977 był zupełnie szalony, bo sportowiec mieszkający do dziś w Bydgoszczy zapisał się wówczas w historii klubu - i to dwukrotnie. W czerwcu 1977 roku strzelił w Gdańsku gola na wagę awansu zespołu do ekstraklasy. Dwa miesiące później pokonał bramkarza Górnika Zabrze w meczu, który przeszedł do legendy miasta.

Ilu naprawdę wówczas widzów przyszło na stadion Zawiszy - nikt naprawdę nie wie. Padają różne liczby. Na oficjalnej stronie Górnika Zabrze informują, że 42 tysiące - źródłem są dziennikarze katowickiego "Sportu". Po raz pierwszy w historii największy stadion w tej części Polski okazał się za mały. Nikomu jednak do głowy nie przyszła myśl, żeby po prostu zamknąć bramy. - Nikt z szefów klubu nie bał się w tych czasach burd na trybunach, zamieszek, bójek. To wtedy było niemożliwe, to byli inni kibice - wspomina Stanisław Mątewski, ówczesny II trener zespołu, prowadzonego przez Wiesława Gałkowskiego. Po naradach z sędziami władze klubu zdecydowały się otworzyć dla widowni bieżnię dookoła murawy. Arbiter, Edward Norek z Krakowa miał tylko jeden warunek: - Nikt z kibiców, którzy znaleźli się przy samym boisku, nie może przez cały mecz wstawać. Komunikat podał spiker, a ludzie grzecznie na wszystko się zgodzili. Kilka tysięcy ludzi karnie siedziało na tartanowej bieżni i żaden z nich nie zakłócił spotkania - dodaje Mątewski.

- Śmiesznie było, bo po naszym spotkaniu na Zawiszy odbywał się międzypaństwowy pojedynek lekkoatletów Polska - Finlandia. Finowie się martwili, gdzie będą biegać - wspomina Kuryło. Dwa miesiące wcześniej napastnik zapewnił bydgoszczanom tę piłkarską atrakcję - awans. W 88. minucie decydującego meczu z Lechią Gdańsk wyrównał na 1:1. To była złota bramka gwarantująca skok Zawiszy do elity. - Podawał mi wtedy Stefan Majewski - mówi Kuryło.

Pierwszym człowiekiem w Bydgoszczy, który dowiedział się, że Zawisza jest w lidze, był pułkownik Piszczygłowa, człowiek z władz wojskowego klubu. Jego zadaniem było non stop dzwonić na stadion Lechii. Na wieści od Piszczygłowy czekali ludzie na bydgoskim stadionie, na którym odbywał się wówczas lekkoatletyczny mityng Grand Prix Brdy. Przeżywali nerwy, bo mecz już się musiał zakończyć, a połączenia ze stadionem Lechii nie było, choć pułkownik Piszczygłowa kręcił bez przerwy. Wreszcie ktoś w Gdańsku odebrał i powiedział, że było 1:1. - Pierwszy postój i spotkanie z kibicami, którzy byli w Gdańsku, mieliśmy już w Tczewie, w "Malinowej". Wypiliśmy szampana. Kiedy dojechaliśmy na stadion, witało nas jeszcze mnóstwo ludzi - mówi Kuryło.

Pajacyk i Gorgoń

Ponad 40 tysięcy ludzi podczas spotkania z Górnikiem to był rekord, ale w sezonie 1977/78 tłum widzów na meczach Zawiszy był normą. Już trzy godziny przed meczem milicjanci zamykali dla samochodów wszystkie ulice wokół stadionu, a właściciele aut wiedzieli sami, że lepiej ich nie zostawiać na trasie przemarszu tłumu. Zespół Wiesława Gałkowskiego ściągał bydgoszczan jak magnes. Trzy dni przed meczem z Górnikiem zdarzyła się jeszcze jedna niesłychana historia. Zawiszanie wygrali 1:0 z Legią w Warszawie. - To była ogromna sensacja. Bohaterem meczu był Andrzej Brończyk - wspomina Kuryło.

Wizyta drugiej z wielkich firm polskiego futbolu, Górnika Zabrze, ekscytowała więc całą Bydgoszcz. - W szatni panował bojowy nastrój. Tak nas zawsze ustawiał trener Gałkowski, na walkę. Po wygranej z Legią, chcieliśmy pociągnąć dobrą passę i to znowu z nie byle kim - opowiada piłkarz.

W porównaniu do meczu z Legią nastąpiły zmiany w składzie. Nie mógł zagrać Brończyk. Zastąpił go Jan Rudziński. - Misiek był wtedy naprawdę w dobrej formie - zaznacza Kuryło. - W szatni jeszcze nie wiedzieliśmy, co się dzieje na trybunach i jaka masa ludzi przyszła. Spodziewaliśmy się z 20 tysięcy. Kiedy wyszliśmy na boisko, doznaliśmy szoku. Nigdzie nie można było wcisnąć szpilki - dodaje

Na drewnianych ławkach ludzie siedzieli ściśnięci jak sardynki. Zajęte były wszystkie przejścia między sektorami, a na koronie stadionu kibice stali w trzech-czterech rzędach. Ci w ostatnim niewiele już widzieli. Wyciągali szyje, żeby zobaczyć cokolwiek z tego, co działo się na boisku.

W 28. minucie oszaleli z radości. - Akcję zaczął Woronko z prawej strony. Zacentrował w pole karne. Uprzedziłem Jerzego Gorgonia i doszedłem do główki. Bernard Jarzina z Górnika zrobił jeszcze pajacyka i piłka wpadła do siatki - opowiada o swym golu Kuryło.

Kibice, którzy siedzieli na bieżni, nie wytrzymali i wbiegli na boisko. Kilka minut zajęło potem, aż wrócili na swoje miejsca. W 34. min spotkania Górnik wyrównał z rzutu karnego. Rudzińskiego pokonał z jedenastki Gorgoń.

- Tego karnego nie było. Staszek Gzil z Górnika teatralnie upadł. Sam mecz był wyrównany. Potem w rewanżowej rundzie też zremisowaliśmy. W Zabrzu było 0:0. Tak się zresztą złożyło, że Zawisza i Górnik spadły wówczas z ligi. Ruch nas wówczas załatwił, układając się z Widzewem, który oddał mu mecz. Działo się jak w filmie "Piłkarski poker". W następnym sezonie i my, i Górnik zresztą z powrotem awansowaliśmy - wspomina Kuryło.

Od razu po meczu w szatni na stadionie Zawiszy pojawił się kierownik zespołu z walizką pieniędzy. Pochodziły prosto z kas. - Dostaliśmy wszyscy do ręki dodatkową premię. Naprawdę niezłą, jak na ówczesne czasy. Wtedy wystarczało na rower - mówi były piłkarz bydgoskiej drużyny.

Za trzy dni zespół Zawiszy znowu zagra z Górnikiem. Tym razem w Zabrzu. - Życzę tym chłopakom jak najlepiej. Choć pewnie nigdy nie zagrają przy tak licznej widowni, jak my przed 36 laty. Miło jest wspomnieć tamten dreszcz emocji, kiedy oglądało się wszystkich tych ludzi - kończy Kuryło.

Więcej o: