Sport.pl

Obrońca Zawiszy: Gdyby nie mój wykładowca, dziś kopałbym się po krzakach

- Byłem blisko rzucenia piłki, zanim tak naprawdę zaistniałem. Grałem w IV lidze i zastanawiałem się, co robić ze swoim życiem - mówi czołowy dziś piłkarz Zawiszy Igor Lewczuk.
Obserwuj autora na twitterze @R_Jaskot

Remigiusz Jaskot: W ostatnim meczu jesieni założył pan rywalowi siatkę i dograł idealną piłkę na głowę Bernardo Vasconcelosa, który zdobył bramkę. W Canal+ komentatorzy porównywali pana do Maicona.

Igor Lewczuk: To tylko jedna akcja. Prawdziwa sztuka to takie świetne zagranie powtórzyć. Ktoś przecież może powiedzieć, że to przypadek.

Było w pana karierze kilka zakrętów.

- Byłem blisko rzucenia piłki zanim tak naprawdę zaistniałem. Grałem w IV lidze i zastanawiałem się, co robić ze swoim życiem. Stwierdziłem, że z Warszawy będę do Białegostoku dojeżdżał na mecze Hetmana. Traktowałem piłkę luźno. Robiłem więc setki kilometrów. Na AWF-ie moim wykładowcą był Andrzej Blacha. Prowadził zajęcia z piłki nożnej. Zobaczył, że coś potrafię. Porozmawialiśmy i kilka miesięcy później zadzwonił do mnie, że obejmuje Znicz Pruszków. Zapytał, czy chcę wziąć udział w testach. Dojechałem tam razem z Robertem Lewandowskim. Gdyby nie trener Blacha, gdyby moim wykładowcą był ktoś inny, to pewnie kopałbym się po krzakach. Nie byłoby ekstraklasy czy powołania do kadry. To, że gram w piłkę, to przypadek.

W 2006 roku media pisały, że dwaj czołowi zawodnicy Znicza Pruszków - Robert Lewandowski i Igor Lewczuk, mają przejść do Wisły Kraków.

- Był taki temat, rozmawiałem wtedy o warunkach z Jackiem Bednarzem. Ale najwidoczniej z obu stron nie było na tyle dużych chęci, żeby doszło do przeprowadzki. Warunki wcale nie były rewelacyjne. W dodatku na prawej stronie grał wtedy Marcin Baszczyński. O grę byłoby dużo trudniej niż w Jagiellonii. W Białymstoku starano się o mnie dużo bardziej. Miałem też wtedy ofertę z Lechii Gdańsk.

Tamten skład grającego na zapleczu ekstraklasy Znicza robi wrażenie. Lewandowski, Radosław Majewski, trener Leszek Ojrzyński.

- Najsłynniejszy i tak jest Daniel Kokosiński. Roberta Lewandowskiego może nie być, a Klub Kokosa zostanie na zawsze. A poważnie mówiąc, drużyna była bardzo mocna. Wielu z nas dopiero zdobywało doświadczenie w I lidze. Do Znicza trafiliśmy z mniejszych klubików. Nie narzekaliśmy na organizację czy atmosferę. Pieniądze nie były duże, ale wypłacane na czas.

Awans ze Zniczem do ekstraklasy był na wyciągnięcie ręki.

- Mieliśmy tyle samo punktów co Piast Gliwice i Arka Gdynia. W małej tabelce mieliśmy równą ilość punktów z Arką, tylko że oni mieli bilans bramkowy 7:7, a my 6:6. Awans mogliśmy sobie zapewnić na trzy kolejki przed końcem, ale żadnego z tych meczów nie wygraliśmy. Bramki traciliśmy w niesamowitych okolicznościach. Może faktycznie nie zasłużyliśmy wtedy na awans.

Trener Ojrzyński powiedział niedawno w "Przeglądzie Sportowym", że mógł pan osiągnąć więcej, ale ciągle trzeba pana kontrolować. "Za łatwo jest w stanie uwierzyć we własne umiejętności, wtedy traci koncentrację".

- Nie wiem, co miał na myśli. Czytałem ten artykuł, sam się nad tym zastanawiałem. Może trenerowi chodziło o jakieś stare historie. Kiedy człowiek był młody, nie zawsze zdawał sobie sprawę z pewnych rzeczy. Jeśli chodzi o przeszłość, to trener Ojrzyński pewnie ma rację. Ale teraz jestem już spokojny i wyważony.

W Białymstoku grał pan w Lidze Europy z Arisem Saloniki. Uznano pana za winnego porażki i to był początek końca przygody z Jagiellonią.

- Pierwszy sezon był w porządku. Grałem w 23 meczach, nie było powodów do narzekań. W drugim sezonie zdobyliśmy Puchar Polski, dobrze zagraliśmy w lidze pomimo 10 karnych punktów. Potem zostałem potraktowany niesprawiedliwie. Mecz mi nie wyszedł, ale uważam, że niepotrzebnie błędy innych zawodników przyjąłem wtedy na siebie. Mam trochę żalu do trenera Michała Probierza, że nie spojrzał na wszystko chłodnym okiem.

Krytyka wyszła od trenera czy mediów?

- Z mediów także, ale to była przede wszystkim deklaracja trenera, że Lewczuk był winny. Po meczu z Arisem w lipcu zagrałem w lidze do końca rundy tylko jeden mecz i trener mnie pożegnał. Ale nie mam pretensji. O ocenie pracy trenera decydują wyniki. Wtedy Michał Probierz je miał, więc pretensje mogę mieć tylko do siebie, choć wtedy miałem też żal do trenera.

Potem zmiękczano pana, próbując przekonać do podpisania nowego kontraktu.

- Tak, przesunięto mnie do Klubu Kokosa. Wypełniono mi cały dzień. Pierwszy trening miałem o 7 rano. Nawet wtedy, gdy temperatura dochodziła do -20 st. Potem było czytanie gazet w klubie i drugi trening. Wytrzymałem trzy tygodnie.

Dał się pan złamać.

- Tak. Żona była wtedy w ciąży, też mocno to przeżywała. Nie chciałem jej stresować. To była sytuacja bardzo nie fair. Na pewno nie zapomnę tej historii. Gdybym miał 30 lat, to bym te pół roku wytrzymał. Ale chciałem grać. Potem wyszło na moje, bo w Jagiellonii późno zorientowali się, że z końcem wypożyczenia do Ruchu Chorzów kończył się mój kontrakt. Wtedy zaczęli dzwonić i mnie namawiać. Mówili "Choć Igor, nie rób nam tego". Ale było już za późno. Chytry dwa razy traci.

Jeszcze przed Ruchem było wypożyczenie do Piasta Gliwice. Jak pan wspomina ten okres?

- To był dziwny okres. Wydawało mi się, że mamy dobrą drużynę, która powinna awansować do ekstraklasy. Na treningach wszystko grało. Pierwszy mecz wyszedł super, drugi OK. A tego, co nastąpiło potem, nie da się wytłumaczyć. Warunki mieliśmy dobre, pieniądze płacone na czas. To historia podobna do obecnej sytuacji Zagłębia Lubin. Niczego nam nie brakowało. Mieliśmy serię 13 meczów bez wygranej. Mieliśmy dość siebie nawzajem, trenerów również. Rok później Piast wrócił do ekstraklasy. Dobrze, że zostawiono trenera Marcina Brosza. Pewnie w innym klubie wszystkich by zwolniono. Kibice byli tak wściekli, że na bramie wjazdowej do klubu wywiesili znak zakazu wjazdu dla trenerów.

Ale w takich sytuacjach zawsze winni są piłkarze. Trener musi drużynę dobrze przygotować motorycznie. Na boisku grają zawodnicy. Trener daje wskazówki, ale wszystko zależy od piłkarzy. 80 procent to zazwyczaj wina zawodników.

Początek w Ruchu był bardzo dobry.

- Wszyscy byli zadowoleni. Ale pod koniec rundy w moje miejsce wskoczył ktoś inny. Cały sezon nie był najgorszy. Drużynowo zdobyliśmy wicemistrzostwo, finał Pucharu Polski.

Dla Ruchu to był chyba wynik ponad stan.

- To było mistrzostwo świata, powinniśmy dostać ordery. Nie chcę źle mówić o Ruchu, ale organizacja jest tam fatalna. Zawodnicy i szeregowi pracownicy robią, co mogą. Ale z ludźmi na górze jest inaczej.

Wiadomo, że Ruch nie płaci. Czego jeszcze brakowało?

- Szacunku. Woda i piłki były. Szatnia miała ściany. Nie było wiec najgorzej, ale okłamywano nas na każdym kroku. Piłkarz przychodził na umówione spotkanie z prezesem klubu, a sekretarka mówiła, że prezes wyszedł 5 minut temu. To piłkarze trzymają ten klub i dzięki nim dalej gra w ekstraklasie.

W Ruchu grał pan wiele meczów na lewej obronie. Źle się pan czuł na tej pozycji?

- Lewą nogę mam taką, że sam się jej wstydzę. To nie jest tajemnica. Ale w Ruchu było chyba czterech prawych obrońców i żadnego lewego.

Na końcu przygody z Ruchem podobnie jak inni zawodnicy wynajął pan prawnika.

- Na początku mieliśmy wysłać standardowe wezwania do zapłaty. Jako jedyny z grupki kilku zawodników odpuściłem. Przekonano mnie. Mówiono, że na pewno dostanę pieniądze. Zgodziłem się i dalej czekam.

Jeden oficjalny mecz zagrał pan w Zagłębiu Lubin. W ramach testów wystąpił pan w Pucharze Ekstraklasy. Dobrze poszło?

- Bardzo dobrze. Warunki kontraktu miałem już uzgodnione, kluby się dogadały. Ale Zagłębie zdegradowano wtedy za korupcję. Nie chciałem wracać do I ligi.

Nie chciał pan wracać na zaplecze?

- W I lidze można ugrząźć. Jeśli zawodnik nie wyróżnia się zdecydowanie, to może tam już zostać. Wielu zawodników to spotkało.

Ostatniego lata dwa kluby bardzo chciały pana w swoich składach. Był pan rozchwytywany?

- Nie można tak powiedzieć. Z Ruchem przecież tak naprawdę spadliśmy z ligi. Zasłużyliśmy na to. Uratowała nas tylko degradacja Polonii Warszawa.

Ale Korona i Zawisza bardzo chciały pana ściągnąć.

- Tak, trenerzy obu klubów mocno o mnie zabiegali. Z trenerem Tarasiewiczem wcześniej nie pracowałem, więc byłem zaskoczony, że jest tak zdeterminowany. Ucieszyło mnie to. Nie znaliśmy się przecież. Pamiętałem tylko mecz Jagiellonii ze Śląskiem, w którym wybito mi zęba, trener Tarasiewicz kazał grać dalej, a po chwili straciliśmy bramkę. Pamiątkę mam więc do dziś.

W Koronie mogłem się domyślać, że jeśli nie będę grał kaszany, to trener będzie na mnie stawiał. Z klubem z Kielc byłem już dogadany. Nagle pojawił się temat Zawiszy i sparingowego meczu w Grodzisku Wielkopolskim.

W Kielcach miał pan umowę w ręku. Nie bał się pan, że w sparingu może dojść do kontuzji i zostanie pan z niczym?

- Myślałem o tym. Miałem dużo do stracenia, ale zdecydowałem się grać. W drodze do Grodziska miałem telefon z Kielc, że kontrakt jest gotowy. Ale nie wszystko mi odpowiadało. Trener Ojrzyński bardzo mnie chciał, ale klub miał swoją politykę. Potem okazało się, że trener nie miał pełnego poparcia wśród władz klubu. Trenerowi Tarasiewiczowi wystarczyło pół meczu. Drużyna mi się spodobała. Widziałem, że nie przypadkiem zespół awansował do ekstraklasy.

Trener Tarasiewicz ma dobrą opinię wśród piłkarzy, jako ten, który staje po stronie zawodników.

- Zazwyczaj każdego trenera chwalą ci, którzy u niego grają. Ci, którzy nie grają, raczej narzekają. Trener Tarasiewicz darzy zawodników szacunkiem. Zdarzają się szkoleniowcy, którzy piłkarzy poniżają. U trenera Tarasiewicza jest mniej krzyków, pohukiwania, a więcej merytorycznej rozmowy. Co wcale nie oznacza, że nie wymaga.

Radosław Osuch powiedział o panu niedawno: "Gdy widziałem go w trzech pierwszych meczach, to łapałem się za głowę. Myślałem, że umrę, patrząc na jego grę. Na początku sezonu był najsłabszy i chciałem go wyrzucić z drużyny. A w ostatnich meczach przecież zachwycał".

- Dobrze, że teraz to mówi, a nie po pierwszych trzech meczach. Prezes Osuch ma swój styl, jest barwną postacią. Patrząc na początek sezonu, to nie wyglądało tak, że ja grałem źle, a drużyna super. Jako zespół nie prezentowaliśmy świetnego poziomu, choć straciliśmy punkty w kilku meczach, które mogliśmy wygrać. Ale na pewno początek rundy miałem słabszy.

W Zawiszy macie teraz kolonię zawodników portugalskojęzycznych. Integrują się z resztą zespołu?

- Hermes im pomaga. On ma chyba jakieś wtyki, może prowizje.

A mówiąc poważnie, wiadomo, że na początku obcokrajowcy trzymają się w swoim gronie. To naturalne, pewnie sam za granicą robiłbym podobnie. Szczególnie, że ich angielski nie jest perfekcyjny. Ale dogadujemy się, nie ma problemów.

Widzi pan zmianę nastawienia wśród kibiców przed rundą wiosenną? Jesienią fani byli w euforii. Teraz wielu mówi, że ze względu na konflikt z właścicielem na mecze chodzić nie będzie.

- Mam mały kontakt z kibicami, rzadko wychodzę na miasto. Nie odczuwam innego nastawienia, bo nie mam okazji. Ale słyszymy, co się dzieje. My wolimy, żeby kibice przychodzili na stadion. Wszyscy muszą się zastanowić, czy idą w tym samym kierunku. Jako piłkarze chcielibyśmy, żeby cała ta sytuacja jak najszybciej się wyjaśniła.

Nie byłbym zadowolony, pracując w firmie, w której właściciel mówi, że pociągnie to wszystko jeszcze trzy miesiące i nie wie co dalej.

- Mamy zapewnienie, że do końca sezonu wszystko będzie w porządku. Wszystko zależy od Radosława Osucha. Nie wiem, do jakich wniosków dojdzie. Nie wiem, co bym zrobił na jego miejscu, gdybym nasłuchał się tego, co on w czasie meczu z Lechem.

Rozmawiacie w szatni o Pucharze Polski? Jesteście w ćwierćfinale, najlepsze drużyny ekstraklasy już odpadły.

- Tak, to łatwiejsza niż liga droga do pucharów. Wiążemy z pucharem nadzieje.

Jeśli pokonacie Górnika Zabrze, to spotkacie się z Jagiellonią albo Lechią trenera Probierza.

- Czekam na te mecze. Choć z trenerem Probierzem nie mamy złych relacji. Skreślił mnie, ale miał do tego prawo. To trener ponosi ryzyko i on o wszystkim decyduje.

Więcej o:
Komentarze (2)
Obrońca Zawiszy: Gdyby nie mój wykładowca, dziś kopałbym się po krzakach
Zaloguj się
  • adishadow

    Oceniono 5 razy 3

    rob co swoje, bez wychylania sie przed szereg i dzieki tobie Zawka odpali

  • bobbi1

    Oceniono 6 razy 2

    Co jak co ale Osuchowi trzeba przyznać, iż na jesieni miał nosa transferów - na 6 sprowadzonych piłkarzy - 4 świetnie gra, jeden średnio, a ostatni to klapa, więc sumarycznie dobrze trafił.
    Igor do boju!!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX