Piłkarz polskiej ligi ma restaurację w Chinach: "French Kiss"

28.03.2014 06:00
Herold Goulon na zajęciach dzieci

Herold Goulon na zajęciach dzieci (Fot. wkszawisza.pl)

Herold Goulon czeka na powrót do futbolu po wszczepieniu implantu do kręgosłupa - Zajęcie mam. Doglądam mojej restauracji w Kantonie. Nazywa się "Francuski pocałunek".
Piłkarz Zawiszy miał dwa tygodnie temu operację kręgosłupa w bydgoskim szpitalu. Potężnie zbudowany Francuz, choć jest w Bydgoszczy od lipca ub. roku zapisał się w pamięci kibiców. Żałują, że nie gra w tym roku z powodu kontuzji i zabiegu.



Do piłki wróci dopiero w przyszłym sezonie - taką ma nadzieję. Nie nudzi się jednak. Zajmuje się nietypowym biznesem - Moje życie to nie tylko piłka. Robię różne rzeczy, zajmuję się biznesem. Mam restaurację w Chinach - opowiada w rozmowie z portalem bydgoszcz.sport.pl

Obserwuj autora na twitterze

Remigiusz Jaskot: Dość daleko ta restauracja? Byłeś kiedyś w Chinach?

- Dwa razy. Wszystkiego doglądam na odległość, przy komputerze. Moja restauracja znajduje się w Guangzhou, czyli Kantonie, bardzo fajnym, dużym mieście na południu Chin. Poza tym przez eBay sprzedaję towary z Chin do Francji. Codziennie spędzam przy tej pracy 2-3 godziny.

Jak doszło do tego, że stałeś się właścicielem restauracji w Chinach?

- Przez przyjaciela. Pojechał tam cztery lata temu. Chciał otworzyć coś we Francji, ale pewnie słyszałeś, jakie są podatki we Francji. Nie jest łatwo utrzymać tam biznes. W związku z tym, że moja kariera nie potoczyła się tak, jak bym chciał, otworzyliśmy razem firmę. Gdyby kiedyś okazało, że nie mogę grać w piłkę, mam co robić.

Restauracja w Kantonie, to lokal z wyższej półki?

- Ze średniej. Taki francuski fast food. Mamy dużo serów.

Przynosi dochód?

- Tak, choć na początku tak nie było. W dodatku, żeby w nią zainwestować, musiałem wziąć kredyt.

A nazwa?

- Francuski Pocałunek.

Dobre, z podtekstem.

- No tak, taki był zamysł. Teraz trochę mi głupio (śmiech). Mój przyjaciel jest muzułmaninem i miał wątpliwości, ale okazało się, że to dobra nazwa. Zapada w pamięć.

To dość niecodzienne, że dwudziestokilkulatek otwiera restaurację w Chinach.

- Życie nauczyło mnie, że nie ma co czekać na zakończenie kariery. A tak robi wielu piłkarzy. W dodatku nie wydaję pieniędzy na ubrania, czy jakieś głupoty. Mam samochód, ale we Francji nie mam teraz nawet mieszkania. Inwestuję. A Chiny? Obserwuję Polskę i myślę o tym, że tutaj też mógłbym założyć jakiś biznes. Ale szczegóły zostawię dla siebie.

Zajmujesz się więc restauracją. A co z rehabilitacją po operacji?

- Jeszcze na nią za wcześnie. Przez trzy miesiące nie powinienem nic robić. Teraz nawet prowadzenie samochodu jest niewskazane. Potem basen i lekkie na początku ćwiczenia. Obecnie czuję się dobrze. Ale muszę być ostrożny, uważać, co robię. Muszę być "spokojny" [to słowo Goulon mówi po polsku - przyp. red.].

Denerwowałeś się przed operacją?

- Jasne. Moja pierwsza operacja. Nie znałem szpitala ani lekarza. Ale to była dobra decyzja, żeby przeprowadzić ją w Polsce, a nie we Francji. Po takim zabiegu przez kilka tygodni nie można podróżować.

Dużo słyszałeś o swoim lekarzu, prof. Marku Haracie? To lekarska sława.

- Oczywiście, zapytałem o niego każdego, kogo znam. Wszyscy mówili, że jest jednym z najlepszych. To mnie uspokoiło, powierzałem mu swoje zdrowie.

Na czym polegała operacja?

- Jeden z dysków kręgosłupa był nie tylko przemieszczony, ale też zupełnie zniszczony. W jego miejsce wstawiono mi implant. Dość skomplikowana sprawa, ale już 5 godzin po operacji mogłem chodzić.



Kilka tygodni wcześniej byłeś w klinice w Paryżu. Kiedy z niej wróciłeś, mówiono, że będziesz mógł grać, ale operacja okazała się niezbędna.

- Szczerze mówiąc, wiedziałem, że operacja będzie konieczna wcześniej, czy później. Myślałem, że da się ją odłożyć do końca sezonu albo przynajmniej do końca obecnej fazy Ekstraklasy. Chciałem pomagać drużynie tak długo, jak tylko bym mógł. Gdybyśmy awansowali do ósemki, Zawisza już by mnie tak mocno nie potrzebował, nie walczymy przecież o mistrzostwo. Próbowałem grać z bólem, ale to nie wychodziło.

Ostatni mecz zagrałeś w grudniu...

- Wiem, o co zapytasz. Dlaczego operacji nie wykonano po meczu z Lechem Poznań. Ale przy takich problemach jak mój, w większości przypadków zabieg nie jest konieczny. Praca z fizjoterapeutą wystarcza. U mnie było inaczej. W dodatku, gdybym przeszedł operację w grudniu, to nie pomógłbym zespołowi w awansie do grupy mistrzowskiej. A wtedy myślałem, że wiosną będę mógł grać. Poświęcałem się dla drużyny.

Dla ciebie ten sezon jest już skończony. Co myślisz o swojej grze w Zawiszy?

- Pewne rzeczy mi wyszły, a w niektórych przypadkach mogłem spisać się lepiej. Zabrakło mi trochę meczów, żeby dojść do pełnej dyspozycji fizycznej. Ale tak naprawdę, jestem zawiedziony. Zrobiłem połowę tego, co miałem w planie.

Po dwuletniej przerwie w graniu w piłkę szybko się zaadaptowałeś w polskiej lidze.

- Zanim tu przyjechałem, zrobiłem research. Wiedziałem, że w Polsce gra się dość agresywnie. Dlatego wszystko poszło zgodnie z planem. A poza piłką, to myślę, że jestem dość otwarty, więc sobie radzę. Dość szybko się zaprzyjaźniłem z kilkoma osobami.

Ale większość czasu spędzasz z Bernardo Vasconcelosem.

- Jesteśmy sąsiadami.

Zimą Radosław Osuch opowiadał o propozycji transferu z Turcji za 1,2 mln euro. Mówił ci o tym?

- Nie. W dodatku nie czytam gazet. Nic o tym nie słyszałem, więc zakładam, że oferta nie była konkretna.

Osuch mówił, że oferta była za niska.

- Mogło tak być.

A co z twoją przyszłością?

- Na razie o tym nie myślę. Muszę najpierw wrócić do piłki. Zaczynam treningi w czerwcu i będę przygotowywać się do sezonu z Zawiszą. Mam jeszcze rok kontraktu. Może zostaną, a może odejdę. Nie wiem, jaka będzie sytuacja trenera. Ale to, czy trener Ryszard Tarasiewicz zostanie w klubie, będzie miało wpływ na to, czy i ja zostanę w zespole.

Wielu piłkarzy Zawiszy bardzo pochlebnie mówi o trenerze. Opowiadają, że traktuje zawodników po partnersku i pokazuje, że bez krzyków można zmobilizować drużynę.

- Kiedy trener ci ufa, robisz to, czego wymaga. To proste. Widać jego rękę w drużynie, w tym jak piłkarze się poruszają. Cenię go nie tylko za to, jakim jest trenerem. Poza boiskiem też jesteśmy blisko. Jeśli odszedłby z Zawiszy, byłby to dla mnie problem.

Ale jak chcesz zmienić klub bez managera?

- Nie mam swojego managera, ale udzielam pełnomocnictw na rozmowy z konkretnym klubem. Tak trafiłem do Zawiszy.

Uważasz, że to dobra metoda?

- Nie jest najlepsza, ale tak właśnie pracuję.

W ciągu ostatnich miesięcy nie spotkałeś osoby, której mógłbyś zaufać i powierzyć kierowanie swoją karierą?

- Zaufam managerowi, który załatwi mi dobry transfer. Wtedy może będziemy mogli związać się na dłużej. Takie jest moje spojrzenie. Sam skupiam się na grze.

Jednego dnia zasuwasz na treningach, a teraz całymi dniami musisz leżeć.

- No tak, wiele osób mnie o to pyta. Ale to nie jest dla mnie takie trudne, bo wiedziałem, że tak to się skończy. Czuję się nieźle, ale wiem, że nie jestem przygotowany na żaden wysiłek, więc spokojnie leżę. Dlatego dobrze, że jestem tutaj, bo wśród rodziny i znajomych pewnie nie leżałbym spokojnie.

Co masz na myśli?

- Nie jestem osobą, która się chowa. Lubię ludzi. Może nie jestem najbardziej profesjonalnym piłkarzem na ziemi, ale mam swoje zasady. Wiem na co nie mogę sobie pozwolić. Rozdzielam to co związane z piłką i to co jest poza nią. Ludzie mogą różnie na to patrzeć, ale mnie to nie interesuje.

Kiedy w Bydgoszczy wychodzisz na miasto, to kibice rozpoznają cię od razu.

- Jeśli dałoby się pogodzić kontrakt z dobrym klubem i bycie nierozpoznawanym na ulicy, to poszedłbym na to. To miłe, gdy fani przychodzą po zdjęcie i autograf i na to jestem zawsze otwarty. Ale nie lubię w takich sytuacjach rozmawiać o meczach i odpowiadać na pytania o konkretne sytuacje na boisku. Oddzielam pracę i życie prywatne. To samo dotyczy moich rozmów z przyjaciółmi. Nie analizuję z nimi moich meczów. Rozmawiamy o innych sprawach. Kiedy byłem dzieckiem, wszystko kręciło się wokół piłki. Kiedy stajesz się zawodowcem, perspektywa się zmienia.

Jesteś kibicem z Bydgoszczy? Dyskutuj i dołącz do nas na Facebooku Sport.pl Bydgoszcz

Komentarze (2)
Piłkarz polskiej ligi ma restaurację w Chinach: "French Kiss"
Zaloguj się
  • seba-76

    Oceniono 45 razy 45

    życzę szybkiego powrotu do zdrowia, szkoda że już nie zagra w tym sezonie, ale zdrowie najważniejsze

  • z1946b

    Oceniono 42 razy 40

    Mając tak poważny uraz Herold Goulon nigdy się nie oszczędzał na boisku - chwała mu za to!!
    Wracaj do zdrowia.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX