Zawiszanie byli po Wiśle wściekli. Na samych siebie

- W szatni po meczu panowała złość. Nie widać było rezygnacji - mówi trener Zawiszy Mariusz Rumak. To, mimo porażki 2:4 z Wisłą, jedna z wygranych bydgoskiej drużyny w tym spotkaniu.
Obserwuj autora na twitterze @WBorakiewicz

Wcześniej stracony gol całkowicie podłamywał morale zespołu. W piątek, w spotkaniu przeciwko Wiśle, Zawisza strzelił samobójczą bramkę już w pierwszej minucie. Zamroczenie po tym szoku trwało około kwadransa. - I wtedy mogliśmy dostać dwie, trzy bramki. Mieliśmy szczęście, albo to Wiśle brakowało dokładności. Popełnialiśmy katastrofalne błędy w obronie - mówi Rumak.

Po tym okresie zawiszanie się skonsolidowali i ruszyli do odrabiania strat. Szczególnie dobrze zagrali od razu po przerwie, kiedy zepchnęli Wisłę do obrony. Zdobyli dwa gole, mieli okazję strzelić trzeciego i rozstrzygnąć spotkanie. Nie udało się, a potem do głosu doszła Wisła.

- Zagraliśmy dobrze przez dwadzieścia kilka minut. Potrzebujemy 90 minut takiej postawy zespołu, żeby zdobywać punkty - ocenia Rumak. - Po meczu wśród zawodników panowała złość, zdecydowanie to, a nie poczucie rezygnacji. Mogliśmy przecież strzelić trzeciego gola. Były okazje. Po zejściu Vasco brakowało wysokiego zawodnika z przodu, żeby w walce zdobyć i utrzymać piłkę. Nasi niscy napastnicy mieli na to szans. Zdradzę coś: szykowałem do wejścia Pawła Strąka i chciałem go wstawić do ataku. Z Pawłem może by się udało utrzymać piłkę i wynik, a może nie. Potrzebowaliśmy wysokiego napastnika, żeby utrzymać piłkę i dać czas skrzydłowym na podłączenie się do akcji. Ale musiałem z tego pomysłu zrezygnować, kiedy Wisła wyrównała - stwierdza Rumak.



Zobacz także: I oceń piłkarzy Zawiszy za mecz z Wisłą