Trener Rumak: Zawisza musi ciągle walczyć

- Sprawa utrzymania rozstrzygnie się po podziale ligi na grupy. Tych siedem ostatnich meczów będzie dla nas bardzo trudnych, przede wszystkim mentalnie - mówi Mariusz Rumak, szkoleniowiec bydgoskiego Zawiszy.
Zespół z Bydgoszczy wygrał już cztery mecze z rzędu. W sześciu spotkaniach w tym roku nie przegrał ani razu. Choć ciągle jest ostatni, futbolowi eksperci głośno już mówią, że drużyna w takiej formie nie ma prawa spaść z ekstraklasy.

Waldemar Wojtkowiak: To pytanie musi paść jako pierwsze. Co zrobił pan zimą z zespołem, że ten nagle zaczął wygrywać?

Mariusz Rumak: Na pewno nie zmienił się sposób mojej pracy z piłkarzami. Nie zastosowałem jakichś nowatorskich metod. Pracujemy teraz podobnie jak jesienią. Najważniejsze było, że zimą wymieniliśmy piłkarzy. Nie oznacza to wcale, że ci, którzy odeszli, byli złymi zawodnikami. Po prostu trzeba było zmienić strukturę zespołu.

I rozbić portugalskojęzyczną kolonię?

- To jeden z kluczy, ale przede wszystkim w Zawiszy było za dużo piłkarzy o walorach ofensywnych, a za mało tych, którzy potrafią bronić. I to był największy problem.

Herold Goulon był piłkarzem defensywnym, a jednak się go pozbyto.

- Przede wszystkim nie był zdrowy. Tak naprawdę mieliśmy duże wątpliwości, czy on jeszcze kiedykolwiek będzie gotowy do gry. Szczerze mówiąc, nawet nie wiem, czy obecnie występuje w lidze cypryjskiej.

A mentalnie pasował do drużyny?

- Jeśli zespół przegrywa mecze, to wielu zawodników mentalnie nie pasuje do drużyny.

Nie obawiał się pan, że właściciel klubu Radosław Osuch zamiast piłkarzy zdecyduje się na wymianę trenera?

- To była jedna z dwóch opcji, którą można było zrobić. Spotkaliśmy się i po bardzo szybkiej rozmowie zdecydowaliśmy się, że wymieniać będziemy nie trenera, ale piłkarzy. Wiadomo było, że w tej konfiguracji nie można tego zostawić, bo nic by się nie udało. Zresztą, nadal nie wiadomo, czy się uda. Ciągle przecież jesteśmy na ostatnim miejscu w tabeli.

I szczęście wam teraz sprzyja.

- Ono się zeruje. Jesienią było daleko od nas. Teraz się zbliżyło.

Sporo pan ryzykował, przychodząc do Zawiszy. Mógł pan na dobre pogrzebać swoją karierę.

- Karierę to robią trenerzy, którzy prowadzą zespoły w Lidze Mistrzów. Poza tym zawsze, gdy się przychodzi do klubu w trakcie sezonu, podejmuje się ryzyko. Obejmuje się drużynę, w której są problemy. Pytanie, czy potrafisz sobie z nimi poradzić.

Jak poradził pan sobie z takimi piłkarzami jak Mica czy Alvarinho, którzy jesienią kompletnie się nie sprawdzili? Zimą mieli opuścić Zawiszę, a teraz grają bardzo dobrze.

- Obaj zaakceptowali warunki pracy w Zawiszy. One były takie same jak jesienią. Być może wtedy wątpili, bo wyniki były, jakie były. Poza tym nauczyli się bronić i to był klucz. Dziś mają w meczu po 8-10 odbiorów, dzięki czemu stali się piłkarzami, których Zawisza potrzebuje.

Jest piłkarz, który zimą odszedł z Bydgoszczy, a którego chciałby pan zatrzymać w Zawiszy?

- Tak, jest jeden taki zawodnik.

Kto?

- Michał Masłowski. Z jego umiejętnościami byłby piłkarzem wnoszącym coś innego do naszej gry.

W Legii spisuje się - jak do tej pory - słabo.

- To nie Michałowi idzie kiepsko, tylko Legia nie gra tak dobrze jak rok temu. Nie skupiałbym się na pojedynczym piłkarzu. To zespół gra na boisku.

Jest pan zaskoczony bardzo dobrymi wynikami Zawiszy w tym roku?

- Nie do końca się tego spodziewałem, ale nie jestem też specjalnie zaskoczony. Dla mnie każdy kolejny mecz jest ważny. W tym roku rozegraliśmy ich sześć, ale jeszcze wiele przed nami. Dlatego tonuję bardzo optymistyczne nastroje.

Jeśli utrzymacie tempo, które sami sobie narzuciliście, to możliwe, że już po rundzie zasadniczej zapewnicie sobie utrzymanie w ekstraklasie.

- Nie sądzę. Wszystko rozstrzygnie się po podziale ligi na grupy. W tej chwili w tabeli jest straszny ścisk. My mamy najmniej punktów, ale są zespoły, z którymi za chwilę możemy złapać kontakt. Z jednej strony - mamy tylko dziewięć punktów do dziewiątego miejsca, ale z drugiej strony - to jest aż dziewięć punktów. Na pewno tych siedem ostatnich meczów będzie dla nas bardzo trudnych, przede wszystkim mentalnie.

W tym roku Zawisza dwa mecze zremisował i aż cztery wygrał. Czy pomimo tego jest coś w zespole, co chciałby pan zmienić?

- Zawsze jest coś do zmiany. Gdyby było inaczej, to zamiast iść na trening siedziałbym i piłbym kawę. Jest jeszcze wiele mankamentów w naszej grze, ale nie będę ułatwiał zadania trenerom naszych rywali.

Ma pan żal do Kamila Drygasa o to, że zbyt łatwo łapie żółte kartki? Ma już ich na koncie 12.

- To efekt jego wielkiej pasji w graniu. Oddaje całe serce grze i czasami kieruje się emocjami, a nie rozumem. Mam nadzieję, że wraz z doświadczeniem to się zmieni. To wszystko, co się dzieje teraz, jest dla niego cenną lekcją.

Jesienią zarzucano Zawiszy, że drużyna nie tworzy jedności. Teraz to się zmieniło?

- Jest duża poprawa w tej materii. Myślę, że już niewiele brakuje, by zespół był jednością. Ale każdego dnia musimy to pielęgnować.

Wyobraża pan sobie dziś zespół Zawiszy bez takich piłkarzy jak Grzegorz Sandomierski, Iwan Majewski, Luka Marić czy Andre Micael?

- Nie ma ludzi niezastąpionych. Tak jak zespół może funkcjonować bez Rumaka, tak może też bez wymienionych zawodników. Na pierwszym miejscu jest Zawisza, a dopiero potem indywidualności.

Nie boi się pan, że kilku piłkarzy latem dostanie propozycje z gatunku tych "nie do odrzucenia"?

- Po sześciu rozegranych meczach w ogóle nie myślę o tym, co będzie latem. Naszym celem jest teraz utrzymanie się w ekstraklasie. A wszystkie rozmowy rozpoczną się po 6 czerwca.

Ostatnio wszędzie pana pełno. Ta popularność chyba jest męcząca?

- Można w to wierzyć albo nie, ale nie skupiam się na tym, co pisze się w mediach. Dziś cię chwalą, a po kilku porażkach wszystko się zmienia. Ważne, by przemawiać boiskiem. Jeśli chodzi o obecny rozgłos wokół Zawiszy, to proszę mi wierzyć, że w Lechu Poznań był on trzy razy większy, więc jestem do tego przyzwyczajony.

Ale piłkarze nie mogą temu ulec.

- Moja w tym głowa, by tak się nie stało.